W dniu premiery spektaklu końca dobiegało Forum Kultura Wolności, którego uczestnicy przyglądali się kondycji kultury i jej zarządzaniu (kondycji zarządzania?), a między wierszami próbowali odczarować szczecińskie mity i stereotypy. Używali do tego nowych narzędzi i języka, uznając za budulec nowoczesnej tożsamości także świeże zjawiska społeczne, obyczajowe i artystyczne. Tymczasem Artur Daniel Liskowacki (autor), a za nim Adam Opatowicz (reżyser) cofnęli ową dyskusję o kilka dekad. Owszem, ich spektakl jest poetycki, ale jednocześnie niemiłosiernie… dziaderski. Przy czym stanowczo proszę o nie potraktowanie tego określenia personalnie, lecz przedmiotowo. Opatowicz z Liskowackim jawią się jako ostatni paladyni tradycyjnych wartości, a to szlachetne, dobre i potrzebne.
Na scenie spotykają się duchy Szczecina. Nie byle jakie to zjawy! To duchy najwybitniejszych cór i synów miasta. Są ikoniczne postacie, m.in. Anna Jagiellonka, Sydonia von Borck, Caryca Rosji Katarzyna II Wielka czy zesłana za karę do Szczecina Księżna Pruska Elisabeth Christine von Braunschweig-Wolfenbüttel. Pojawiają się wielcy aktorzy Heinrich George, Hans von Twardowski oraz wojewoda Leonard Borkowicz i szpieg André Robineau. Towarzyszą im także przedstawiciele powojennej artystycznej bohemy – Jan Papuga, Franciszek Gil, Emanuel Messer. Przywołuje się Filipinki, Helenę Majdaniec, Józefa Grudę czy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Obecne jest także środowisko żydowskie oraz reprezentacja Powstańców Warszawskich.
Bal duchów trwa w najlepsze. Nie wiemy jednak, gdzie, po co ani dlaczego się spotykają… Szybko za to orientujemy się, że ich rozmowa została pomyślana jako konflikt. Tu znów: nie wiadomo o co, ani właściwe po co. Dialogi służą jedynie przekazywaniu historycznych faktów (raczej frazesów), nie skupiając się w ogóle na jakichkolwiek emocjach czy relacjach między bohaterami, choćby absurdalnymi czy surrealistycznymi, na co forma mogłaby pozwolić. Bez pomysłu i bez odwagi skorzystania z możliwości jakie daje tu metafizyka. Zastanawiam się też nad celowością wpisania w tekst cytatów z wielkich dramatów Stanisława Wyspiańskiego. Uznałem to jako próbę nachalnego polonizowania niemieckiej przeszłości miasta. Bałem się, że Sydonia zacznie deklamować „Bogurodzicę”. Nie bawiły mnie próby uwspółcześnienia tekstu takie jak wykrzyczenie tuskowego „für Deutschland”. Zresztą moment historyczny wskazywał, że to powinno brzmieć „für Mark Brandenburg“ (dla Marchii Brandenburskiej).
Spirytualistyczny charakter spotkania pozwalał na nieograniczone możliwości tworzenia scen niemożliwych. Niestety duchy zamiast wychodzić z ciał i latać nad sceną, głównie siedzą na krzesłach lub majestatycznie się przechadzają. Tupną jeszcze nóżką podczas piosenek. Z letargu budzą jedynie muzyczne sekwencje, ale gdy te milkną, rzecz powraca do punktu wyjścia.
Ciekawym elementem spektaklu były za to ożywione przy pomocy AI archiwalne fotografie i filmy. Dużym przeżyciem było zobaczenie znanych kadrów wzbogaconych o ruchome elementy. To praca Michała Materny.
Adam Opatowicz przyzwyczaił widzów, że jego przedstawienia są pełne nie tylko dekadenckiego i onirycznego klimatu, ale także, albo przede wszystkim, muzyki. Nie inaczej było i tym razem. Opowieści towarzyszą utwory z różnych epok – mamy piosenki ze złotego okresu Republiki Weimarskiej, jest oczywiście Marlene, ale też tandetne szlagiery o Szczecinie z okresu komuny. Nie zabrakło twórczości Heleny Majdaniec czy Filipinek. W muzycznej części wyróżnił się Piotr Bumaj, posiadający odróżniającą się od reszty wykonawczą świeżość albo odwagę. Dekadencką atmosferę interpretacji Opatowicza adekwatną scenografią podkreśliła Katarzyna Banucha. Zaproponowała także kostiumy, zgodne z epoką i jak zawsze doskonale przygotowane. To już przyjemny standard produkcji z jej artystycznym zaangażowaniem.
Choć w spektaklu oglądamy praktycznie cały zespół Teatru Polskiego w Szczecinie, a co za tym idzie istną plejadę postaci, to niestety to figury płaskie, pozbawione głębiej określonych charakterów. Miałem wrażenie, że rysy psychologiczne niektórych osób dramatu są pochodnymi wikipedyjnych biogramów przytaczanych przez konferansjera. W tym pochodzie tekturowych osobowości, zaledwie kilku aktorów mogło pozwolić sobie na wnikliwsze interpretacje powierzonych postaci. Przejmujące i pełne prawdziwych emocji były monologi wieńczące oba akty – Małgorzaty Chryc-Filary (vel Zofia Hołub) oraz Katarzyny Bieschke-Wabich (Bogusława Czosnowska). Podobał mi się dystans z jakim Olga Adamska stworzyła swoją Carycę Katarzynę. Jest w spektaklu jeszcze niewielka rola, która być może w innej interpretacji nie wybrzmiałaby tak doskonale. To Emanuel Messer, znany szczeciński artysta plastyk oraz publicysta, w którego wcielił się Damian Sienkiewicz. Jego „Maniuś” to nieustannie wstawiony szarmancki bon vivant w adekwatnym dla „jego” epoki kostiumie (lata 60’ i 70’ XX wieku.
Ucieszyłem się, gdy zapowiedziano, że nowa premiera będzie miała oryginalną oprawę w postaci wydarzeń typu site specific, czy szeroko pojętej performatywności, w zakamarkach nowej siedziby. Charakter półtora godzinnej przerwy między dwoma aktami nie miał jednak takiego charakteru, jakiego oczekiwałem. Choć było przyjemnie i faktycznie różnorodnie…
Kluczem do zrozumienia mojego krytycznego spojrzenia na nowy spektakl i zanegowanie potrzeby przywoływania tak wyświechtanych świadectw przeszłości jest sam tytuł. Skoro już „za nami” i już „w nas”, to może nie warto do tego wracać… Czas na inną rozmowę o Szczecinie, z cezurą w innym miejscu. Być może to tylko POV. Wierzę jednocześnie, że jest wielu szczecinian (i nie tylko), którym tak podana teatralna opowieść o mieście spodoba się. Mam też nadzieję, że stanie się ona początkiem ich przygody z poznawaniem kolejnych faktów i spojrzeń na ducha albo duchy Szczecina. Także tego/tych z mojej wrażliwości i mojej perspektywy.





