Wiele ze szczecińskich ulic nosi imiona lokalnych patriotów, ludzi ważnych dla miasta, bohaterów, poetów, pisarzy, malarzy, polityków, władców, wodzów, artystów. Są też nazwy przyrodnicze, geograficzne, krajobrazowe. Ale są też i takie, które budzą zdziwienie, rozbawienie, ale i ciekawość. Czy znamy bohaterów niektórych naszych ulic? Co oznaczają nazwy wielu z nich? Co miesiąc staramy się je rozszyfrować. Oto kolejne.
Ulica Juliana Ejsmonda
Poeta, bajkopisarz, tłumacz literatury. Ale również odważny żołnierz – porucznik piechoty Wojska Polskiego, za udział w wojnie polsko – bolszewickiej w 1920 roku został odznaczony Krzyżem Walecznych. Jego pierwsze próby poetyckie ujrzały światło dzienne w 1907 roku. Można śmiało powiedzieć, że był wszechstronnym twórcą. Pisał wiersze miłosne, ballady, romanse, liryki, felietony, satyry, bajki, opowiadania. Ale także tłumaczył pisane w łacinie utwory m.in. Jana Kochanowskiego, Owidiusza („Sztuka kochania” z 1922 roku) i Petroniusza. Luźno związany był ze sławną w tzw. dwudziestoleciu międzywojennym grupą poetów i pisarzy skupionych wokół czasopisma literackiego „Skamander”. Ale oprócz tego, że zgrabnie władał piórem, to także był wytrawnym myśliwym. Nie tylko jednak polował, ale także redagował pisma łowieckie a w 1929 roku został nawet wiceprezesem Ligi Ochrony Przyrody. Myśliwi do dziś przytaczają w Internecie jego barwne opowieści myśliwskie jak np. z kwietnia 1927 roku kiedy polował na głuszce w Puszczy Białowieskiej. Ejsmond przyjechał chory na grypę i z wysoką gorączką. Rano ruszył na bagna. Przez dwie godziny miał stać po kolana w lodowatej wodzie czekając na okazję do oddania strzału. Kiedy się pojawiła, nie spudłował – głuszec był jego. A grypa minęła. Sam Ejsmond tak to opisał w swoim opowiadaniu pt. „Na Uroczysku Hubar”: „Jestem zdrów i radosny, diabli wzięli gorączkę, diabli wzięli grypę i ból głowy, i dreszcze i kłucie w piersiach… Puszcza wielka uzdrowicielka uzdrowiła moją duszę i ciało”. Poeta zginął tragicznie 29 czerwca 1930 roku, w wypadku samochodowym w Tatrach. Od jego nazwiska pochodzi nazwa Zakręt Ejsmonda (1359 m n.p.m.) na drodze z Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka, gdzie odniósł śmiertelne obrażenia.
Plac Leona Koczego
Skwer rekreacyjny zlokalizowany na osiedlu Golęcino-Gocław. Miejsce to jest bardzo popularne – oferuje wyjątkowy widok na Odrę. W 2024 roku zainstalowano tam Portowy Fotopunkt Grobla, dzięki któremu można sobie zrobić zdjęcie z przepływającym statkiem w tle. Tyle reklamy placu. A kim był Leon Koczy? Kolejna barwna postać w historii polskiej nauki. To polski historyk (uznawany za jednego z najznamienitszych), mediewista, archiwista, nauczyciel akademicki, działacz polonijny, kapitan Wojska Polskiego. Znany także pod pseudonimem Sławomir Zawada. Absolwent wydziału historii Uniwersytetu Poznańskiego. Studiował także na zachodzie Europy. Walczył w kampanii wrześniowej. Potem przedostał się do wojska polskiego na Bliskim Wschodzie z którym przebył Palestynę i Egipt. Po wojnie, ze swym macierzystym oddziałem, trafił do Szkocji. Pozostał na emigracji. Był członkiem założycielem Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie, współzałożycielem Instytutu Historycznego im. gen. Sikorskiego w Londynie i kierownikiem jego oddziału w Glasgow a także jednym z głównych autorów Tek Historycznych. W swojej pracy naukowej zajmował się m.in. stosunkami polsko-skandynawskimi – badał wpływy duńskie i szwedzkie na terenie Pomorza Zachodniego w okresie pierwszych Piastów, dziejami handlu i miast m.in. roli średniowiecznego Wolina w handlu bałtyckim, czy wyprawami krzyżowymi. Jego książki, artykuły i opracowania naukowe ciągle są czytane. Warto do nich sięgnąć jak m.in. do „Bitwy pod Grunwaldem”, gdzie opisuje wielu ciekawych a mało znanych informacji. Na przykład taką: „Byli pod Grunwaldem i to w dość dużej sile – Czesi i Morawianie. Byli po jednej i po drugiej stronie. Długosz, który Czechów najwidoczniej nie lubił, mówi o nich z przekąsem i krztusi się, gdy ma o nich powiedzieć coś dobrego”. Leon Koczy zmarł w wieku 81 lat w Glasgow i tam został pochowany.
Ulica Tadeusza Piotrowskiego
Polski taternik, alpinista i himalaista. Ale także pisarz i zapalony fotografik – w latach 80. był prezesem Szczecińskiego Towarzystwa Fotograficznego. Przygodę z górami rozpoczął od Tatr na początku lat 60 ubiegłego wieku w czasie studiów na Politechnice Szczecińskiej. Należał do ścisłej polskiej czołówki wspinaczkowej. Był członkiem założycielem Klubu Tatrzańskiego PTTK w Szczecinie oraz Klubu Wysokogórskiego. Twórcy internetowego „Magazynu Góry” wspominają, że „znakomite dokonania otworzyły mu drogę na najtrudniejsze ściany górskie, gdzie dał się poznać jako świetny alpinista i niezawodny partner. W górach Pamiro-Alaju w 1969 roku dostał przydomek pałtora czieławieka (z ros. półtora człowieka – przyp. aut.). Potrafił wytyczać projekty i konsekwentnie je realizować. Niezwykle silny i wytrzymały, choć nieszczególnie wylewny i rozmowny, został zapamiętany jako solidny kolega. Jeden z tych, co starają się nigdy nie zawieść”. Do jego największych osiągnięć (oprócz tych wielu w Tatrach, Alpach i górach Norwegii) należy m.in. 1973 rok – z Andrzejem Zawadą (kierownik wyprawy) w pionierskiej zimowej wyprawie zdobyli (po raz pierwszy zimą)najwyższy szczyt Hindukuszu Afgańskiego Noszak (7485 m), 1978 rok – pierwsze wejście na Bindu Ghul Zom (6350 m) (z Jerzym Kukuczką), 1982 rok – Nanga Parbat (8125 m), Himalaje Pakistanu, próba wytyczenia nowej drogi 1984 rok – pierwsze zimowe wejście na Api (7132 m) w Himalajach. 8 lipca 1986 roku Tadeusz Piotrowski i Jerzy Kukuczka wchodzą na wierzchołek K 2 nową drogą – od tej pory nazywaną Polish Line – do dziś nie została powtórzona. Ale radość była krótka – Piotrowski zginął w trakcie zejścia ze szczytu.






