- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

Siedem tysięcy rakiet

Strona głównaStyl życiaLudzieSiedem tysięcy rakiet

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px

Polak w turnieju głównym Wimbledonu – to hasło dziś już tak nie działa na wyobraźnię, wszak nasi zawodnicy i zawodniczki coraz więcej znaczą w elicie tenisa i ich obecność tam jest czymś normalnym. Jednak to Szczecinianin – Mirosław Nawracaj – jako jedyny Polak jest obecny na największych turniejach świata.

Stringer rakiet to nie kto inny jak technik przygotowujący sprzęt do grania dla zawodników. Trzeba przy tym pamiętać, że taka osoba pracująca na turniejach rangi Wielkiego Szlema, jest odpowiedzialna za rakiety największych gwiazd tego sportu. Nietrudno się zatem domyślić, że takie stanowisko jest uważane za niezwykle prestiżowe w branży, a o jedno miejsce na którymś z czterech wielkoszlemowych turniejów walczy tysiące specjalistów z całego świata.

Techniczna strona odbicia

Podczas tak wielkich turniejów, na obiektach może działać tylko oficjalny serwis, co oznacza, że zawodnik nie może korzystać z usług zewnętrznych stringerów. Polskie nazewnictwo co prawda stosuje także określenia: serwisant rakiet lub naciągacz (tak, ta wersja na ogół wiąże się z żartami, dlatego stosowana jest raczej w formie żartobliwego żargonu), ale to jednak słowo stringer jest określeniem międzynarodowym, stosowanym również na krajowych turniejach. Funkcja ta jest niezwykle istotna w procesie przygotowania rakiety do gry. Mirosław Nawracaj zajmuje się bowiem głównie serwisem i wymianą naciągów, co wymaga precyzji, znajomości rzeczy i jest umiejętnością, którą niełatwo zdobyć. Do tego dochodzi ustawienie właściwej siły naciągu – przy czym optymalne parametry tej siły (wyraża się ją w kilogramach lub funtach) są dobierane indywidualnie przez każdego zawodnika. Dla jednego mniejsza, gwarantująca mniejsze obciążenie rąk i nadająca grze dynamikę – jest lepsza. Podczas gdy inny woli grać ciężej (strunami naciągniętymi z większą siłą), zyskując większą kontrolę nad piłką. Gdy do tego dodamy, że struny mogą mieć szereg rodzajów, które również dobiera się pod styl gry zawodnika, a sama rakieta może mieć różne układy strun i miejsca wiązania supłów – mamy namiastkę skali trudności pracy stringera. Namiastkę, bo gdy do service room wchodzi ktoś z czołowej dziesiątki światowych tenisistów – presja rośnie, choć jednocześnie jest to pole do wykazania się takiego technika. Dlatego też, na Wielki Szlem trafiają tylko najlepsi, niezawodni, już uznani specjaliści w branży. Tacy, których zna każdy, od zawodników po sztaby trenerskie. Znaleźć się w takim gronie – to jak wejść na szczyt w tym jakże specjalistycznym fachu.

– To dla mnie nagroda za wiele lat ciężkiej pracy, w której nie ma miejsca na błąd – mówi Mirosław Nawracaj. – Sama możliwość uczestniczenia w tak wielkich imprezach tenisowych, w dodatku bycie ich istotną częścią – choć dla większości niewidoczną – to ogromna satysfakcja. Poczułem ją już rok temu będąc na Wimbledonie po raz pierwszy. Wówczas była to przygoda życia. Kiedy dowiedziałem się, że ponownie zostałem wybrany – euforia wcale nie była mniejsza ani na jotę. Pomimo, że – co podkreślam – przede wszystkim jest to ciężka praca. Zarówno umysłowa, jak i fizyczna. Przecież od rana, bywa, że zaczynamy przed szóstą, do późnego wieczora pracujemy w pocie czoła – mecze widząc jedynie gdzieś przez chwilę na kuluarowych ekranach. Do tego dochodzą też sesje nocne, gdzie do tego wszystkiego walczymy ze zmęczeniem, utrzymując koncentrację na maksymalnym poziomie.

Osiemnastka na Wimbledonie

Szczecinianin karierę rozpoczął dość niespodziewanie. Nie było to wcale efektem dziecięcych marzeń, zupełnie nie planował pracy w takim charakterze. Gdy jednak nadarzyła się okazja spróbowania tego zawodu u dystrybutora firmy Babolat – Ireneusza Maciochy – przystał na nią, początkowo z czystej młodzieńczej ciekawości. Wkrótce okazało się, że nauka tak specyficznego fachu idzie mu znakomicie – Mirek sam przekonał się, że ma do tego naturalne predyspozycje zarówno manualne, jak i mentalne. Cierpliwość i dokładność okazały się tu nie do przecenienia, zaraz za nimi pojawił się ogromny zapał do poszerzania wiedzy i trenowania nowego fachu. Wiele godzin pracy nad sobą i poprawianiem umiejętności to etap, którego na zewnątrz nie widać. Co innego rezultaty pracy i opinia zawodowych tenisistów. W tak wąskiej specjalizacji nie mogło to pozostać niezauważone, toteż szybko pojawiły się pierwsze oferty uczestnictwa w turniejach. Pierwszym był rzecz jasna szczeciński challenger – wówczas noszący jeszcze nazwę Pekao Szczecin Open. Już kolejny sezon przyniósł także pracę w Poznań Open, potem zaczęła się przygoda z WTA Katowice Open, Wrocław Open oraz Sopot i Warszawa Open. Dziś Nawracaj jest stałym bywalcem tego rodzaju turniejów, ale największy splendor przyniósł mu właśnie Wimbledon, gdzie jego praca doceniona została już drugi sezon z rzędu. Wspomnieć należy tutaj także jeszcze o udziale w prestiżowym Madrid Open 2025 oraz w meczach Pucharu Davisa. W ubiegłym roku było to gdyńskie spotkanie Polska kontra Wielka Brytania (porażka 1:3). W lutym tego roku natomiast szczeciński stringer poleciał aż do dalekiego Kairu, gdzie pracował w sztabie kadry podczas wygranego 4:0 przez naszych reprezentantów spotkania z gospodarzami – Egiptem. Multum przygód to efekt już osiemnastoletniej kariery, a ta symboliczna rocznica zastała Mirka na Wimbledonie.

Najczęstsze pytanie jakie słyszę, to komu znanemu przygotowywałem sprzęt – mówi Mirosław Nawracaj. – Casper Ruud, Rune Holger, Flavio Cobolli… długo by wymieniać. Najbardziej w pamięci utkwiła mi natomiast praca dla sióstr Williams a to dlatego, że szczególnie Serena zamawiała nie tylko sporą liczbę rakiet, ale także większą liczbę strun, gęściej ułożonych i w dodatku z bardzo mocnym naciągiem. Żeby było jeszcze trudniej, to struny główne tworzył naciąg naturalny, a poziome układałem z twardego drutu. Za każdym razem przynosiła jednak coraz więcej rakiet, więc sądzę, że była zadowolona z mojej pracy (śmiech).

fot. Alicja Uszyńska

Bez zdjęć i autografów

Dość osobliwym jest fakt, że serwisantów obowiązuje zakaz robienia sobie zdjęć z gwiazdami tenisa, czy też proszenia ich o autografy. Wydaje się, że faktycznie godziłoby to w ich profesjonalne podejście do wydarzenia, ale same identyfikatory, koszulki, turniejowe piłki i czapeczki – są także zdobyczą i pamiątką na całe życie. Zresztą, najczęściej sprzęt do serwisantów jest dostarczany przez sztaby, a nie samych zawodników.

Lubię jednak wyjątki od tej reguły – nie ukrywa szczecinianin. – Wyróżnić muszę tutaj Huberta Hurkacza, z którym zawsze można przy okazji miło pogawędzić. Inna sprawa, że rozmowa z zawodnikami zawsze się klei – przecież mamy co omawiać i znamy się na tym znakomicie. Być może widok gwiazd tworzy na nas większą presję, ale też wyzwala profesjonalizm. Mamy świadomość, że nie możemy popełnić błędu. Nigdy nie widziałem, aby ktoś wrócił do nas z pretensjami, że coś zrobiliśmy nie tak. Dlatego dużym echem w branży odbiła się wypowiedź Jerzego Janowicza ze szczecińskiego challengera w 2017 roku. Wówczas po porażce stwierdził, że to wina właśnie serwisanta. Publiczna krytyka ze strony zawodnika – dla tego stringera było to bardzo bolesne. Co ciekawe, podczas Wimbledonu, stringerom zapewnia się nocleg, ale nie w hotelach. Mają wynajęte kwatery u prywatnych mieszkańców dzielnicy Wimbledon, w pobliżu All England Lawn Tennis Club, gdzie odbywają się mecze turniejowe. Mają tu jednak okazję mieć za sąsiadów również gwiazdy światowego tenisa – zawodnicy bowiem, w większości także chcą być blisko klubu i w ten sam sposób wynajmują prywatne domy. Serwisanci na tak topowej imprezie mogą liczyć także na przyzwoite apanaże, choć prestiż przewyższa tutaj jakikolwiek zarobek. Sami muszą za to opłacić bilety lotnicze, a na miejscu panuje przede wszystkim ciężka harówka.

Podczas tegorocznego turnieju naciągnęliśmy łącznie jako zespół siedem tysięcy dwieście sześćdziesiąt cztery rakiety! – wylicza Nawracaj. – Jeśli jedna rakieta wymaga pracy nad nią do dwudziestu minut, a na początku turnieju, w pełnej obsadzie zespołu technicznego (25 osób) wypuszczaliśmy kolejną co minutę – musi to robić wrażenie. Jestem więc dobrze przygotowany na nadchodzący szczeciński challenger Szczecin Open – zawsze miło pracuje mi się podczas dobrego turnieju we własnym mieście.

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać