Świat cyfrowy, do którego wkroczyliśmy ochoczo, szybko pokazał drugą twarz. Dziś pełen jest treści sztucznie stworzonych przez AI, a także fake newsów – również często będących autorstwem sztucznej inteligencji. Bywa, że nie da się odróżnić prawdy od fałszu w internecie, a najbardziej skomplikowane materiały video potrafią być całkowicie wygenerowane. Jeśli do tego dodamy wyniki raportu „Internet Dzieci 2026”, z którego wynika, że najmłodsi w wieku 7-14 średnio wpatrują się w ekran smartfona przez cztery i pół godziny dziennie (!) – mamy pełen obraz sytuacji.
Starszaki, wychowujące się w czasach przed wszechobecnym Internetem, chyba bardziej krytycznie patrzą na jego zawartość, a przynajmniej powinni. Nawet w tej grupie wiekowej można bowiem znaleźć wielu komentujących z zapałem wiadomości, które z rzeczywistością nic wspólnego nie mają. Najczęściej jest w dodatku tak, że i większość komentarzy jest dziełem AI albo BOT-ów, a ich cel to podkręcenie dyskusji, wzbudzenie emocji i skierowanie ich w jakimś – zazwyczaj dość konkretnym – kierunku. Fake news i fake komentarze pod nim? Brzmi idiotycznie, a przecież to dziś internetowa rzeczywistość. W dodatku taka, do której zasiadamy naładowani wewnętrznymi przekonaniami i emocjami, które ktoś w łatwy sposób wyzwala mając przy tym zapewne niezły ubaw. Nie ma się jednak z czego śmiać – zamieszanie jakie jest celem takiego fałszowania rzeczywistości, jest już prawdziwe, szkodliwe i może nieść za sobą przerażające, tragiczne skutki. Przykładów na całym świecie jest niestety multum.
Cztery i pół godziny dziennie to łącznie ponad 135 dni w roku – od rana do nocy – z nosem w telefonie. Gdyby młody człowiek tyle czasu spędzał przy jakimś instrumencie, byłby wirtuozem. Gdyby siedział w książkach – czerwony pasek na świadectwie to byłaby norma. Gdyby trenował jakiś sport – byłby mistrzem (vide kariera Cristiano Ronaldo, który deklarował, że właśnie tyle czasu zajmuje mu codzienny trening i zabiegi regeneracyjne). Niestety jednak, nasze dzieci te cztery i pół godziny dziennie spędzają przed ekranem. Nie byłoby to jeszcze aż takie złe, gdyby ten ekran nie był włączony, a treści na nim prezentowane bez żadnej selekcji wkładały im do głów to, co najgorsze. Fake news, fake komentarz, patostreaming, przemoc i pornografia – mają się w cyfrowym świecie świetnie. Zbija się na nich fortuny. Gdy Sokół w kawałku pod tytułem, nomen omen „Nie bój się zmiany na lepsze” rapował, że „…z telewizorów emanuje zło kunsztowne, a tandetnie przedstawiane to, co dobre…” nawet nie sądził jeszcze, że zjawisko tak eskaluje po wejściu internetu do codziennego życia. Wraz z tą eskalacją, przesunęła się granica skandalu i oburzenia społeczeństwa. Stopniowo, krok po kroku, można coraz więcej i nie ponosi się konsekwencji. Poziom internetowych wypowiedzi nawet znanych postaci świata muzyki, kina czy sportu – o influencerach nie wspominając – zamiast być reprezentacyjny, to często przepełniony jest wulgaryzmami, do których przywykły też już słuchające tego blisko pięć godzin dziennie – dzieci. Kto dziś pamięta pytanie mamy: „skąd Ty znasz takie słowa?”, kiedy wracało się z podwórka do domu wzbogaconym o nowy zwrot z boiska. Tego samego, które dziś stoi puste i to w czasie wakacji! Przecież nawet podczas właśnie zakończonych mistrzostw świata w piłce nożnej trwała ogólnoświatowa kampania pod hasłem: „Play. Move. Have fun! Kids need at least 60 minutes/day of physical activity for healthy bodies and happy minds.”. Namawiamy dzieci, aby były dziećmi i z tego dzieciństwa – jakże szybko ulatującego – korzystały. Koniec świata? Za to jakże chętnie udostępniamy zdjęcia swoje i dzieci w internecie. Fundacja „Kids Alert” bije właśnie na alarm, że czterdzieści procent rodziców w Polsce udostępnia wizerunek swoich pociech w sieci. To średnio 72 zdjęcia i 24 filmiki rocznie. Niestety, takie materiały mogą zostać wykorzystane w niecny sposób. Osobnym zjawiskiem jest możliwość poczucia przez samo dziecko, teraz lub w przyszłości, że zostało w jakiś sposób ośmieszone. Jeśli więc chcemy pochwalić się komuś bliskiemu naszą rodzinną, a więc prywatną chwilą – czy musimy udostępniać ją każdemu? Podobnie jest także z naszym własnym wizerunkiem – szanujmy go. Chyba, że zdjęcia mamy już tak przepuszczone przez różne upiększające i wygładzające filtry, że nawet nie przypominamy na nich siebie. Zaobserwowałem kiedyś w mediach społecznościowych takie właśnie przefiltrowane zdjęcie znajomej, którą rozpoznałem tylko po nazwisku. Jeden z pierwszych komentarzy pod nim brzmiał: Pięknie wyglądasz, jak nie ty! Na co bohaterka odpowiedziała: Dziękuję! (sic!)
Internetowa rzeczywistość to nie jest już dystopijna fikcja literacka. Jak rapował Sokół – nie bójmy się jednak zmiany na lepsze. Aby nie stać się Winstonami Smithami z „Roku 1984” George`a Orwella, pomimo wewnętrznej walki wtapiającymi się w wykreowaną sztuczność, wyrzekającymi się ideałów i szlachetności po praniu mózgów. Praniu, o jakie w internecie nietrudno. Weźmy tę czerwoną pigułkę proponowaną przez Morfeusza w filmie „Matrix” i wróćmy do rzeczywistości. Do pewnych źródeł informacji, do wspólnego rodzinnego posiłku pełnego rozmów z dziećmi. Odwiedźmy dziadków, pograjmy z dziećmi w piłkę, wyjdźmy na spacer z psem. Spójrzmy w niebo, dostrzeżmy piękno przyrody i drugiego człowieka. Zapytajmy, co u niego naprawdę – wyidealizowane kadry z wakacji tego nie mówią. Jak głosi już sam tytuł książki Olivera Burkemana – każdy z nas ma do zagospodarowania cztery tysiące tygodni. Zaledwie – i to zakładając 80 lat życia. W dodatku licznik bije nie od dzisiaj. Dlatego swoją uwagę kierujmy w stronę dobra, jej brakiem nie karmiąc jednocześnie zła. Szeroko rozumiane dobro zawsze na końcu zwycięża – ograniczajmy jednak koszty tego zwycięstwa.







