Nigdy w dziejach świata głupota nie występowała w takiej obfitości i nigdy nie była tak łatwo dostępna jak dziś. Ileż to nasz praprzodek musiał się nachodzić po sawannach, dżunglach, kniejach i lasach – nie wspomnę już o pustyni – żeby natknąć się na coś głupiego. Dziś głupota wylewa się zewsząd, a już najbardziej z wszelkich ekranów – dużych i małych, a przede wszystkim tych, które nosimy w kieszeniach i torebkach. Zawsze przy sobie.
Niestety, nie jest tak, że od głupoty można łatwo się odciąć. Wydawać by się mogło, że wystarczy komórkę zostawić w domu, by żaden kretynizm już nie walnął nas obuchem w łeb. Niestety, głupota jest jak hydra – i gorsza niż najgorszy chwast. Zawsze odrasta i wdziera się wszędzie. Zapuszcza korzenie i idzie w głąb. Jest – nawet gdy jej nie widać – w odruchach, nawykach, zasadach, procesach, systemach, modelach, wszędzie. Ale najgorsze, że uparcie tkwi w naszych łbach.
Wśród moich przyjaciół i bliskich znajomych do najbardziej łebskich należy kolega Jot. Problem w tym, że choć Jot ma łeb jak sklep, to jednak wygaduje głupoty. Co istotne, nie on jest twórcą tych – fakt, że nieczęsto – wygadywanych przez siebie bzdur. To nie jego głowa produkuje cały ten chłam. Jak to się dzieje, że wysokie IQ wcale nie działa jak solidny filtr? Nie wiem. Fakt jest taki, że co jakiś czas na sklepowe półki kolegi Jot trafia trefny towar z etykietą w stylu QAnon i Bilderberg.
Nawet bardzo inteligentni ludzie robią i mówią bardzo głupie rzeczy. Czasem głupie, a czasem tylko irracjonalne. Cienka granica. Ustawiłbym ją gdzieś w okolicach poziomu szkodliwości. Im większa krzywda dla siebie i świata, tym bardziej prawdopodobne, że to autentyczna głupota. Pukanie w niemalowane drewno, spluwanie przez lewe ramię na widok kota i łapanie się za guzik na widok kominiarza to rzeczy mało rozsądne, ale dość niewinne. Gorzej z odmrażaniem sobie uszu na złość babci.
Tę właśnie szkodliwość za główne kryterium głupoty uznał pół wiekutemu włoski historyk gospodarczy Carlo M. Cipolla. Według niego głupi nie jest ten, kto ma niski iloraz inteligencji, lecz ten, kto swoim działaniem przynosi straty innym, samemu niczego nie zyskując, a często także tracąc. To nie brak siódmej klepki, lecz brak racjonalnego rachunku zysków i strat. I to właśnie czyni głupotę tak niebezpieczną.
Jeszcze dalej poszedł Dietrich Bonhoeffer – niemiecki teolog i uczestnik antyhitlerowskiego ruchu oporu, zamordowany przez nazistów. W szkicu o głupocie, opublikowanym później w tomie „Opór i poddanie”, przekonywał, że nie jest ona wyłącznie defektem intelektu, lecz także problemem moralnym. W systemach poddanych silnej władzy – politycznej lub ideologicznej – nabiera charakteru zbiorowego. Ludzie pozwalają robić z siebie głupców, dobrowolnie zrzekając się autonomii umysłu na rzecz komfortu bycia częścią mas.
Aleksander Bocheński w „Dziejach głupoty w Polsce” przyglądał się błędom strategicznym polskich elit. Najważniejszą tezę jego książki da się zmieścić w jednym zdaniu: każde państwo powinno chłodno oceniać swoje możliwości, a nie budować politykę na emocjach i legendzie. Bocheński wskazywał, że polskie elity zbyt często myliły honor ze skutecznością, a heroizm z racją stanu. W tym sensie „głupota” oznacza u niego zbiorowy brak strategicznej wyobraźni, niezdolność do kalkulacji i podatność na romantyczne złudzenia.
Może i do zaakceptowania jest głupota na użytek prywatny. Sam sobie szkodzisz – twój problem. Dużo gorzej, jeśli głupie emocje zwyciężają w głowach głów państw. Źle, jeśli nie interes się liczy ani chłodna kalkulacja, tylko urażona duma. Wiadomo nie od dziś, że pośpiesznie użyte, podszyte emocją słowa mogą mieć niszczącą moc. Nie muszą być jawnie nienawistne, by rodzić nienawiść. Najpierw pojawia się „krew naszych ojców”, „Bóg, honor i ojczyzna”, „ziemia naszych przodków” i „Wołyń”; chwilę później – „obcy element” i „won za Don”.
Producent głupich treści wcale nie musi być głupi. Często jest po prostucyniczny. Doskonale wie, co robi: liczy na wpływy, zasięgi albo głosy w najbliższych wyborach. Za tą kalkulacją nie kryje się jednak, żaden długofalowy, zbiorowy zysk. Po stronie kosztów nie pojawia się ani erozja zaufania, ani narastająca wrogość, ani utrata zdolności wspólnoty do trzeźwego myślenia. W efekcie cały zysk zgarnia nadawca, a rachunek płacą wszyscy. Taktycznie bywa to spryt. Strategicznie — to głupota.
Wszechobecne dziś platformy społecznościowe nie promują mądrości – promują to, co zatrzymuje uwagę. Im dłużej, tym lepiej. A nic nie zatrzymuje uwagi tak skutecznie jak strach, gniew i prosty, spójny schemat wroga. Nie da się nic z tym zrobić na poziomie całych społeczeństw – to utopia. Da się na poziomie jednostek: higiena informacyjna, świadomość mechanizmów, odrobina sceptycyzmu, a przede wszystkim umiejętność rozpoznawania, kiedy twój własny „łeb jak sklep” zaczyna wypełniać się trefnym towarem.







