Sztuka protestu
tekst i reżyseria: Michał Buszewicz
Teatr Współczesny
Sztuka protestu
tekst i reżyseria: Michał Buszewicz
Teatr Współczesny
Protest to zawsze wyraziste emocje. Od demonstracyjnej bezradności, głodówki czy wymownego milczenia, przez szloch, krzyk, skandowanie, aż po śpiew. Szczególnie istotną i pożądaną emocją w proteście jest wkurzenie. Ten jest najbardziej fotogeniczny i świetnie nadający się do wszelkiego portretowania. „Ciekawsza” jest już tylko przemoc i krew…
Teatr Michała Buszewicza ma autorski charakter, pełni w nim rolę autora i reżysera. Jego utwory są pozbawione nadętej i sztucznej poetyki czy epickich monologów oraz moralizatorskich puent. Ten teatr jest zrozumiały i powszechny. Jeśli ktoś spodziewał się, że jego nowe przedstawienie będzie takowym „niewypikowanym” portretem protestu z kreatywnymi wulgaryzmami, a nawet krwią, będzie zawiedziony. Nie ma tu tzw. mięsa, rzeczone wkurzenie też jakby wyciszone. Tylko czy to źle? Nie, bo Buszewicz prowadzi osobliwe badanie nad tym, czym protest w ogóle jest. To spektakl nie o jego przedmiocie, lecz o mechanizmach nim rządzących.
Struktura spektaklu to krótkie sekwencje, często monologi, krok po kroku, słowo po słowie, zgłębiające sztukę protestowania. Poznajemy nie tylko różne jego formy, ale także powody zaangażowania oraz wątpliwości. Buszewicz naszpikował spektakl pozawerbalnymi symbolami. Jest metaforyczna scenografia Michała Dobruckiego z monumentalną, obaloną z cokołu rzeźbą „Myśliciela” Augusta Rodina. Podobnie symboliczną funkcję pełnią kostiumy Lily Dziedzic. Pełne ironii są stroje korpo menadżerów – Dziedzic odziała ich w klasyczne marynarki oraz bajecznie kolorowe bokserki, tożsame krawaty oraz dwie różne skarpety. To pastisz współczesnych mód, ale też definicja bohaterów jako „chłopców w krótkich spodenkach”. Ów gag potęguje powierzenie tych ról dojrzalszej części męskiego zespołu – Pawłowi Adamskiemu, Robertowi Gondkowi, Pawłowi Niczewskiemu, Konradowi Pawickiemu oraz Przemysławowi Walichowi. Wielcy menadżerowie, a może dyrektorzy, politycy, decydenci są uroczo nieporadni wobec wyzwań świata, które czyhają poza ich wygodnymi biurami. By podtrzymać subiektywnie zadowalające status quo sięgną nie tylko po spryt, ale też po oszustwo, kombinacje, mataczenie, etc. Znamy to z urzędniczej codzienności, prawda? Cała piątka wybornie odnalazła się w tych figurach. Bawią improwizowane sceny, w których ich oderwanie od rzeczywistości staje się jeszcze zabawniejsze.
W postaciach protestujących nie zabrakło aktorskiej fantazji i rzetelnego warsztatu, ale odczułem deficyt wiarygodności. Nie uwierzyłem w klimatyczny aktywizm Marii Wójtowicz, Kacpra Kujawy czy Konrada Bety. Nawet odważne poświęcenie Wojciecha Sandacha, który pokazuje się w jednej ze scen nago, nie uwiarygodniło go jako zapalonego obrońcy przyrody. Trudno uwierzyć w głoszone hasła, gdy więcej atencji niż sama treść pochłania szukanie odpowiedniego miejsca na scenie, w którym projekcja trafi na właściwy fragment transparentu. Spośród całej czwórki tylko Wójtowicz w monologu, w którym szukała odpowiedniej formy dla wyrażenia swojego sprzeciwu, miała okazję zaprezentować szerszą skalę emocji. Jej monolog pozostaje w pamięci i staje się ikoną całej kompozycji Buszewicza. Jest jeszcze Daria i Ela policjantka. Ta pierwsza pretenduje do roli narratorki „Sztuki protestu”. W tej roli oglądamy interesującą i opanowaną Marię Dąbrowską. Droga, którą jedzie na rozmowę o pracę blokują aktywiści, gdy kobieta podchodzi do protestujących chcąc jedynie zobaczyć co się dzieje, mimowolnie dołącza do nich. Później czyni to jeszcze kilkukrotnie.To pokazanie mechanizmów, które pchają ludzi do wyrażania swojego sprzeciwu. Kolejna ciekawa figura to Ela policjantka – katalizatorka emocji strajkujących i jednocześnie trafna karykatura władzy. Funkcjonariuszka jest chłodna i wyniosła, a tym samym stanowcza i bezkompromisowa, posługuje się jedynie bezdusznymi bezokolicznikami – odklejać, sprzątać, usuwać… Jej muzyczny monolog, z uwagi na kontrapunktową atmosferę i wyzywającą treść, wybrzmiewa przepysznie. Znakomita kreacja Barbary Biel.
Bezapelacyjnie najlepszą sceną jest koncert symfoniczny w Filharmonii. Jest w niej sporo energii, dynamiki, tempa, oczekiwanego wkurzenia oraz potężna dawka humoru. Szczerze rozbawiła mnie też sekwencja otwarcia przez Marszałka drogi (drogiej drogi). Bawiła też gloryfikacja ścieżek rowerowych i próba uczynienia z nich priorytetu w przeciwdziałaniu katastrofie klimatycznej. Dziwnym zaś archaizmem jest przywołanie przez Buszewicza popularnej w latach 90. XX wieku gry „Tamagotchi”. Czyni z tej z niej deadline końca świata. Owszem, to świetna zabawa dla publiczności (energia pozyskiwana przez rowery stacjonarne), ale nie ma przełożenia na coś głębszego… Szkoda. Ciekawy pomysł, sprowadzony do infantylnej igraszki. Twarde dane, mówiące o tym jak jest źle pojawiają się w spektaklu tylko raz. W formie projekcji wyświetlanej na zasłoniętej kurtynie. Niestety faktura materiału uniemożliwiła jego odczytanie. Przez chwile myślałem, że to celowe… Ale niestety nie.
Są jeszcze otwierające i zamykające opowieść personifikacje Ciał niebieskich. Znakomity to duet Iwony Kowalskiej i Jacka Piątkowskiego. Próbują nas wprowadzić w hipnotyczny stan, by oddalić widmo katastrofy klimatycznej. Proszą by zamknąć oczy i zobaczyć lepszy świat. Co z tego jak zaraz trzeba je otworzyć… Nie sprzyja im niestety nieprzekonująca forma „Sztuki protestu”.




