Obiad w laboratorium

Głodny jestem. I zły, jak na Polaka (sortu dowolnego) przystało. Gdzie tu zjeść? „Kaukaski” upadł, „Jaskółka” zapomniana, że o „Barze Ekstra” nie wspomnę. Nawet „Balaton u Eli” zmienił szyld i menu, stając się jeszcze jednym punktem zbiorowego niedożywienia. Obiad bym zjadł. Taki do jedzenia, nie do oglądania.

Jak chcę popatrzeć, to do muzeum idę, na wystawę. Najchętniej do Open Gallery Moniki Krupowicz. Smaczne wystawy ma ta galeria. Jak chcę się najeść, to... no właśnie.
 
Gdy chcę się pokazać z nową laską (tak, tak, jestem w tym wieku, że laska przy boku nikogo nie szokuje, a nawet jest bardzo przydatna w lokomocji) idę tam, gdzie drogo i wykwintnie. Kiedy jestem głodny, odwiedzam lokale, w których porcje są sycące, choć może nie posypane kwiatkami bratków ani nasturcji. Są miejsca w naszym mieście godne polecenia bez wstydu. Eleganckie wnętrza, przyzwoita obsługa i interesująca oferta. Mają jednak jedną, zasadniczą wadę - MINIMALIZM! Ta niezrozumiała dla żarłoka moda zawładnęła najlepszymi restauratorami. Efekty minimalizmu w kuchni można było zaobserwować u Svena Hannawalda. Niemiecki skoczek stał się tak lekki, że po wyjściu z progu szybował wolno nad zeskokiem jak bocian nad łąką. Ale że sił z tego wszystkiego nie miał, by dźwigać narciarskie buty, to i karierę zakończył przedwcześnie. Oto efekt minimalizmu.
 
Głębokie talerze na zupę w zamierzchłych czasach miały na brzegu szlaczek. Zazwyczaj złoty. I nie był on, ten szlaczek, wyłącznie dla ozdoby. Po szlaczek gospodynie nalewały zupę. Zupa była gęsta lub rzadka. Gęste zupy to na przykład grochówka, kapuśniak, krupnik. Rzadkie to rosół, barszcz, czasem żur, choć ja akurat żur wolę gęsty. Ale wszystkie one, te zupy, nalewane były po szlaczek, a nie pół chochelki w zagłębienie talerza. Miały również swoją konsystencję, mądrale z kulinarnych programów telewizyjnych mówią dziś na to - tekstura. W życiu bym tekstury do ust nie wziął. Lubię, gdy zupę można pogryźć, a nie wyłącznie popijać. W karcie modnego szczecińskiego lokalu czytam: zupa krem z dyni, mus z brokułów, puree ziemniaczane... No ludzie, trzymajcie mnie! Jeśli chciałbym sobie pociumkać, to na obiad kupiłbym bobovitę. Niewiele, ale jednak zęby jeszcze mam.
 
No, dobrze. Ponarzekałem sobie, to teraz poważnie albo prawie poważnie. Różnorodność jest motorem postępu. Nie ja tę prawdę wymyśliłem. Dzięki eksperymentom i poszukiwaniom nowych smaków i doznań estetycznych wzbogaca się oferta również i szczecińskich restauracji i barów. Jeśli mam ochotę poznać kulinarne nowości pójdę do „Radeckiego” i skosztuję jak smakuje świat. Wieloletnie doświadczenia szefa tego miejsca i trzymany od początku wysoki poziom pozwalają nam bez konieczności wyjazdu do Paryża na poznać najnowsze gastronomiczne trendy. Jeśli jednak będę potrzebował solidnych porcji przygotowanych z kucharską pasją, zjem obiad u Benka w Czerwonym Ratuszu. Mam wszak wybór. Żyję w wolnym kraju, którego struktury państwowe pozwalają mi na wybór kuchni. Jeszcze pozwalają. Przynajmniej na wybór kuchni... O czym ja to mówiłem?
 
Acha, o kuchni. Ta minimalistyczna czy nawet molekularna, to prawdziwe wyzwanie dla żarłoka. Na śniadanie ciekły azot i suchy lód. Na obiad pianka wieprzowa i emulgowany żel metodą próżniową... Aż ślinka cieknie. Można dokładkę? Tę zieloną kroplę z fioletowym kleksem proszę. I do tego ta ekskluzywna zastawa: probówki, kolby, skraplacze, pęsety... Aż strach prosić o deser. Nie bardzo wiadomo czy je się to normalnie – głową, czy przez osmozę? Jednak nie posądzaj mnie, Czytelniku, o ekstremalny krytycyzm nowoczesnych trendów kuchennych. Skąd? Niech sobie ludziska eksperymentują. Tyle, że beze mnie.
 
Konkludując te rozważania o różnicach między nowoczesnością a tradycją, to jak pokazuje praktyka, gdy na raucie stoły uginają się od wymyślnych tartinek, musów, koktajli frutti di mare i tak największa kolejka jest do pajdy ze smalcem. Mogą ze stołu ośmiornice na nas patrzeć i krewetki różnych rozmiarów, a i tak bliższy sercu schabowy z kapustą. A co, może nie?

Prestiż  
Kwiecień 2016