Więc śpiewajmy na chwałę miłości

„Traviata” Giuseppe Verdiego uważana jest za jedną z najlepszych oper w historii muzyki – to muzyczne arcydzieło ze słynną arią „Libiamo Ne’lieti calici”, znaną nie tylko wytrawnym melomanom. Libretto zainspirowane „Damą kameliową” Aleksandra Dumasa to z kolei najprawdziwsza „klasyka gatunku”: miłość, zdrada i śmierć.

Szczecińska inscenizacja zapowiadana była jako wielkie artystyczne wydarzenie, co gwarantować miało światowej sławy nazwisko Michała Znanieckiego. I zagwarantowało. Reżyser dokonał odważnego zabiegu przenosząc akcję do współczesnego świata mody, jego Violetta nie umiera na gruźlicę, lecz na… raka, a wszyscy mają w ręku smartfony, tablety i nieograniczony dostęp do wi-fi. Te uwspółcześnienia w żaden sposób nie naruszają jednak wymowy dzieła Verdiego, ale czynią je czytelniejszym i bardziej zrozumiałym. Niektórzy obawiali się, że współczesna forma oznaczać będzie rezygnację z przynależnego operze blichtru. Miło się jednak zawiedli – szczecińska „Traviata” zachwyca kostiumami, scenografią i przede wszystkim inscenizacyjnym rozmachem. Świetnie zabrzmiała orkiestra pod kierunkiem Vladimira Kiradjieva.
 
Pierwszy akt to ironicznie przerysowany, pełen pychy raut z festiwalem odważnych kreacji i… smartfonów. W blasku fleszy Alfredo Germont (wyrazisty tenor Andrzej Lampert) poznaje kurtyzanę Violettę Valery (fenomenalny sopran przejmującej aktorsko Marceliny Beucher), której wyznaje miłość śpiewając słynny toast. Ciekawie to rozwiązano, umieszczając kochanków po przeciwnych stronach proscenium, przedzielonym – niczym głęboką przepaścią - orkiestronem. Brawurowe wykonanie jednej z najpiękniejszych operowych arii publiczność nagrodziła owacją. Słusznie.
 
Drugi akt rozpoczyna improwizowana próba baletu w fantastycznych strojach rodem z baśniowego świata „Alicji w krainie czarów”. Feeria barw ustępuje ciemnym emocjom oprawionym w pozorną wiejską sielankę, w której rozpoczyna się prawdziwy dramat bohaterki – choroba postępuje, a ojciec Alfreda (dostojny baryton Tomasz Łuczak) w imię rodzinnego status quo nakłania ją do porzucenia kochanka. Znaniecki wbija do tego jeszcze przeszywającą szpilę publiczności – Violetta rozwiesza swoje portrety (wykonane przez Alfredo, który w tej inscenizacji jest fotografem), na których wyraźnie widać zaawanasowane stadium choroby. Poruszające.
 
Intrygująco rozwiązano techniczną przerwę między dwoma częściami aktu – artyści weszli na widownię, robili z publicznością selfie, nieoczekiwanie dla wszystkich wśród aktorów pojawił się także sam Michał Znaniecki. Następująca po tym scena balu u Flory Bervoix (przepyszna Gosha Kowalinska) zaskakuje zupełnie inną stylistyką. To fenomenalne popisy zespołu baletowego oraz chóru ponownie wysuniętego na proscenium. Chór Opery w świetnej formie. Znaniecki burzy jednak beztroskę i znów przypomina tragedię głównej bohaterki, która upokorzona przez pojawiającego się na balu Alfredo, gubi perukę pod którą widać efekty intensywnej chemioterapii. Wijąc się po scenie (!) brawurowo wykonuje kolejną niezwykłej urody pieśń.
 
Trzeci akt opery to poruszające studium umierania i miłości spotęgowane przejmującą muzyką Verdiego. Znaniecki zmultiplikował postać Viloletty, pozostawiając aktorkę samą na pierwszym planie, pokazując, że w ostatecznej chwili, zawsze będziemy sami… Stworzył niezwykłą atmosferę – mroczną, ascetyczną i do bólu prawdziwą, ale najbardziej poruszająca scena spektaklu odbyła się… po jego zakończeniu, podczas ukłonów. Violetta wciąż nieruchomo spoczywała na łożu, kiedy poszczególni wykonawcy kłaniali się publiczności, jednak nim doszli do krawędzi sceny okazywali „zwłokom” określoną, wynikającą z roli emocję – od rozpaczy, przez szacunek po… pogardę. Tym zabiegiem, odważnie wykraczając po za przestrzeń scenicznego świata, reżyser udowodnił aktualność i siłę utworu sprzed 163 lat.
 
Na osobne brawa zasługuje reżyseria światła Bogumiła Palewicza, który wykorzystał park techniczny Opery na Zamku do ostatniego reflektora i sztankietu. Palewicz czarował, a w magii pomogła mu funkcjonalna scenografia Luigi’ego Scolgio, której stopniowy „demontaż” w kolejnych aktach potęgował tragedię rozgrywającą się na scenie.
 
Giuseppe Verdi „Traviata”, reż. Michał Znaniecki, Opera na Zamku w Szczecinie

Prestiż  
Kwiecień 2016