„Molière, czyli zmowa świętoszków”

Reżyseria, opracowanie tekstu: Rafał Szumski Teatr Polski w Szczecinie

Michaił Bułhakow w literackim dorobku ma dwa utwory poświęcone Molière’owi – dramat „Zmowa świętoszków” (1928) oraz powieść „Życie pana Molière” (1933). W intersującym nas dramacie nie należy doszukiwać się kronikarskich prawd. Mamy tu do czynienia z kilkoma poziomami sensów, a każdy to teatralne laboratorium relacji: wewnątrz instytucji (teatru), politycznych (artysta-władza) albo sakralnych (artysta-religia). Najważniejszy w dramacie Bułhakowa jest wątek miłosny, który ociepla wizerunek najsłynniejszego komediopisarza wszechczasów. Zaczerpnięty z mitologii kazirodczy „problem", staje na drodze prawdziwej miłości, a jednocześnie niszczy Moliera.

W osobistym plebiscycie Króla Ludwika XVI na słowo roku wygrywa określenie „absolutnie”. Król może wszystko, przecież to Le Roi-Soleil. Dziś temat relacji między władzą a artystą znów zyskał na aktualności. Obrzydliwe działania byłego Ministra Kultury doprowadziły do degradacji ważnych ośrodków sztuki. W spektaklu Szumskiego nie ma bezpośredniego odwołania, ale to nasuwa się samo. Choć, jest! To moment, w którym Król słynne „Państwo, to ja” wzmacnia szlachetnym i soczystym, staropolskim przekleństwem – „Państwo to Kurwa Ja”! To dobitny komentarz! Wojciech Wysocki (gościnnie) jako Król Słońce kiedy trzeba śmieszy, by zaraz wzbudzić respekt, albo skłaniać się ku mądrej zadumie.

Tekst Bułhakowa zarówno w momencie powstania, jak dziś, to spojrzenie na teatr jako instytucję. Bułhakow celnie opisuje koterię, festiwal zależności i konwenansów. Szkoda, że w szczecińskiej realizacji nie znalazło się miejsce na nawiązanie do trwającej wciąż dyskusji o granicach w pracy artystycznej. Szansy, by o tym powiedzieć nie wykorzystał Michał Janicki. Jego Molière jest, owszem opracowany rzetelnie, ale… płaski. Dziwię się, że Janicki posiadający nie tylko sceniczne, ale też menadżerskie doświadczenie (prowadzi Teatr Kameralny), nie pokusił się o próbę wyjścia poza nakreśloną w dramacie postać.

Relacja sztuki i religii ma w Polsce długie „tradycje”. Szumski bezceremonialnie wyszydził tę relację i mechanizmy pozyskiwania rzędu dusz. Nie udało by mu się to, gdyby nie dwie znakomite aktorskie kreacje - Sławomira Kołakowskiego jako obślizgłego Markizia de Charron oraz dość brutalnej i zaciekłej w swej mnisiej skromności – Olgi Adamskiej.

Pod względem wykonawczym ten spektakl należy do najbardziej wyciszonej, skupionej postaci, którą kreuje Dorota Chrulska. Jej Madeleine Béjart (Magdalena) porusza do głębi. To bardzo przemyślana i misternie skrojona postać. Porażająco smutna, lecz piękna i niebezpiecznie prawdziwa. Wszystkie, niestety dość nieudane, próby powołania w tym dramacie musicalu (tak!) albo chociaż muzycznych elementów, ratuje Zenon Klaus. To młody, ale już doświadczony musicalowo aktor, a także zawodowy trener tego fachu. Trzeba zobaczyć jak inaczej (sic!) od partnerujących mu kolegów porusza się po scenie i jakiego używa gestu.

Autorzy muzyki (Karol Nepelski, Oktawia Pączkowska) zdecydowali się na powtórzenie wyobrażenia melodii epoki, w formie klasycznej, pozbawionej eksperymentu. Kostiumom, inspirowanym epoką, urody i ciekawego sznytu nie odbiorę. Nie rozumiem zaś pomysłu na scenografię. Trochę „styl ludwikowski”, trochę Disneyland... Nie rozumiem też totalnego niezdecydowania formalnego – czy to musical albo chociaż spektakl muzyczny, a może dramat, komedia, farsa, lub/i bajka? Nie potrzebny jest epilog „przepisany” z bodaj najważniejszego (a z pewnością najpiękniejszego) utworu Bułhakowa „Mistrz i Małgorzata”. Historia opowiedziana w „Zmowie świętoszków” ma swój koniec, nie trzeba go puentować i „komentować”. Ocena i interpretacja wartości winna być pozostawiona widzom, taka „nadkonstrukcja” to może nie nadużycie, ale po prostu przegadanie.