Andrus Kivirähk "Oskar i rzeczy"

Teatr Lalek "Pleciuga" w Szczecinie, reżyseria: Robert Drobniuch

„Oskar i rzeczy” to mądry i bardzo sprawny spektakl, który poprzez atrakcyjną opowieść przemyca praktyczne podpowiedzi jak poradzić sobie w niekomfortowych sytuacjach. Zarówno dla samych dzieciaków i rodziców. Jak oswoić dzieci z nowymi, nieznanymi przestrzeniami czy miejscami? Twórcy w subtelny sposób mówią także o rodzinnych więziach i wartościach. Jest także trudniejszy wątek samotności, który przy obecnym modelu rodziny (2+1) wydaje się bardzo istotny. To nowoczesna i skuteczna i kreatywna forma edukacji i dobra zabawa!

„Oskar i rzeczy” to powieść dla najmłodszych napisana przez Andrusa Kivirähka, jednego z najpoczytniejszych estońskich pisarzy. Olga Tokarczuk tak rekomendowała jedną z jego książek: „Andrus Kivirähk to autor obdarzony najbardziej niesamowitą wyobraźnią na świecie. Ta literatura potrafi zaczarować”.

„Oskar i rzeczy” to właśnie pełna nieposkromionej wyobraźni historia małego chłopca, którego rodzice z uwagi na ogrom zawodowych obowiązków, zostawiają pod opieką mieszkającej na wsi babci. Chłopak czuje się tu obco, tęskni nie tylko za mamą i tatą, ale także za swoim pokojem, zabawkami i doskonale znanymi przedmiotami. Poza tym jak żyć bez Internetu! Nieśmiały i nieufny na początku Oskar poznaje nowy dom, w którym ożywają… domowe sprzęty. Przywołuje je wyimaginowanym telefonem komórkowym, który jest tak naprawdę kawałkiem drewienka. Taki erzac smartfona w obliczu braku sieci. Bardzo dziękuję autorowi (?) i twórcom szczecińskiego spektaklu za ten motyw – to przepiękna lekcja pokory wobec wszędobylskiej technologii, a także inspirujący przykład analogowego „odnalezienia” się w cyfrowej rzeczywistości. Brawo! Osią spektaklu (i jego lejt motivem) jest kontrapunkt dwóch określeń – papa i cześć, pożegnania i powitania. „Papa” pojawia się na naszywce na bluzie głównego bohatera, ale także jako wielki „poduszkowy” napis opuszczany na sztankietach. Papa i cześć są też tematem melodyjnej piosenki, której nie sposób nie nucić jeszcze długo po wyjściu z teatru. Zresztą kolejne utwory i ilustracje muzyczne Radka Łukasiewicza zasługują na duże uznanie.

 

Na uznanie zasługuje praca scenografki Magdaleny Łazarczyk (współpraca: Łukasz Sosiński). Znakomite są jej neonowe struktury – kontury domu babci. To praca, która mogłaby funkcjonować jako samodzielne dzieło sztuki. Równie ciekawe są te bardziej analogowe (sic!) elementy, choćby opuszczane na sztankietach „puchate” litery. Jednak crème de la crème jej pracy są kreatywne kostiumy domowych sprzętów.

Aleks Joński narysował Oskara niezwykle lekką, prostą kreską. Wciąż młodego aktora od postaci dzieli mniej więcej ćwierć wieku (Joński, rocznik 1998), ale udało mu się odtworzyć strachy i emocje kilkulatka. Joński przy pomocy kilku gestów, mimiki czy spojrzenia naprawdę przeobraża się w małego rozkapryszonego chłopaka. To bardzo dobrze przemyśla rola, zbudowana przy pomocy precyzyjnie dobranych środków. Pełną ciepła i miłości babcię zaproponowała Grażyna Nieciecka-Puchalik. Z jej usposobieniem kontrastował dość wyzywający kostium – kolorowy dres i wyrazista (sic!) biżuteria. Mimo to chciałem się przytulić. Pozostali członkowie zespołu wcielają się w… domowe przedmioty. Wszyscy przepysznie odnaleźli się w niełatwych kreacjach, trudno przecież o rys psychologiczny mebli. Magdalena Dudek bawi między innymi „amerykanckim” akcentem szczoteczki do zębów, zapewne Colgate. W roli żelazka wyobraźnię rozpala Kasia Klimek, ale za chwilę gasi ją mokrą konewką… Edyta Niewińska-Van der Moeren zadziwia kątem prostym stołu (!), a chwilę później niezłą iluminacją (lampa) i rozczochraną miotłą. Krzysztof Tarasiuk wkręca się widzom w pamięć jako śrubokręt, a także racjonalny ojciec Oskara. Z tego kalejdoskopu osobliwości na szczególne wyróżnienie zasługuje jeszcze gościnnie występujący w „Pleciudze” Michał Sortel. Oglądamy go kilku odsłonach – najpierw jako chłopaka z sąsiedztwa, później jako krzesło (pozbawiony twarzy) oraz balon. Ta ostatnia postać Sotrel wzbudziła najwięcej sympatii. To dlatego, że aktor otrzymał szansę na kreację w pełnym planie żywym, bez krepującego kostiumu. Faktycznie Jego sekwencja jako balon, wymagała (dosłownie) lekkości i zwinności, co młody aktor skrzętnie wykorzystał lawirując niemal akrobatycznie między konarami drzewa.