- Reklama -
CLOCHEE BANER PODMIEN

Życie al dente

Musisz przeczytać

– Reklama –

baner_prestiz_400x400px

Jej kolorowa i pełna różnorodności – jak sama mówi – podróż przez życie, nabrała tempa na przystanku: Świnoujście. To właśnie nad morze przyjechała ponad dziesięć lat temu tuż po studiach do pracy w biurze budowy Terminala LNG i wówczas jeszcze nie sądziła, jak wielkie konsekwencje w jej życiu będzie miała decyzja o zatrudnieniu się właśnie tam. Mąż Włoch, życie na dwa kraje i w dwóch różnych kulturach – to tylko wielki skrót tego całego zamieszania.

– Włosi mogą od nas czerpać wiele w kwestii planowania, organizacji – mówi Marta Castelluzzo, mieszkająca w Santa Cesarea Terme na półwyspie Salento, w regionie Apulia na południu Włoch. – My od nich powinniśmy uczyć się celebracji życia i każdej chwili. Kiedy ktoś mieszkający kilkadziesiąt lat nad morzem, za każdym razem wyjścia na tę samą plażę zachwyca się tym samym widokiem, smakując jedzenie w restauracji podziwia sposób jego podania i aromat, a widząc codziennie swoje dzieci, mówi co rano: ale one są piękne, jestem szczęściarzem! – to, czy nie o to w życiu właśnie chodzi?

Uczucia kontra stereotypy

Salento, to także nazwa subregionu wchodzącego w skład Apulii. To najbardziej wysunięta na południowy wschód część tego regionu. Jego położenie najprościej wyjaśnić, określając je jako „obcas włoskiego buta”, nad morzami Adriatyckim i Jońskim. To właśnie między innymi tam Polka, dziś już nosząca włoskie nazwisko – Marta Castelluzzo, wychowuje dwóch synów: Lenonardo i Gabriela wraz z mężem – Giuseppe. Poznali się właśnie w pracy w Świnoujściu, a jak sama mówi – opinie i stereotypy dotyczące Włochów – podrywaczy i lekkoduchów – zupełnie ją odstraszały. Dlatego ten, który – jak się okazało – intencje miał szlachetne, nie miał łatwo. Ich pierwsze spotkanie nie zwiastowało wspólnej przyszłości w dużej mierze z powodu właśnie tych uprzedzeń. Z czasem jednak Giuseppe zdobył sympatię, a w wkrótce także serce Marty.

Postanowienie o byciu razem z marszu przyniosło także cały szereg innych, trudnych decyzji. Giuseppe jako inżynier pracujący na budowach, po ukończeniu projektu w Świnoujściu, wyjeżdżał potem do Francji, Turcji i Mediolanu. Marta pracowała też w Holandii. Pierwsze lata para spędziła zatem głównie na podróżach i przeprowadzkach. Po narodzinach pierwszego syna, Giuseppe wyjechał samotnie na projekt w Tajlandii, podczas gdy Marta ten czas spędziła w Polsce. Po tym doświadczeniu zmieniło się podejście młodych rodziców, którzy postanowili być ze sobą już na co dzień razem.

– Na początku moje nastawienie do tak dynamicznego życia było bardzo młodzieńcze i czułam wielką ekscytację – mówi Marta Castelluzzo. – Kiedy zaszłam w ciążę, to wszystko się zmieniło. W tamtym momencie mieszkaliśmy w Mediolanie, ale zgadzaliśmy się, że nie chcemy dzieci wychowywać właśnie tam. Owszem – miasto jest piękne i potrafi zaoferować bardzo dużo, ale uważam, że nie jest odpowiednie do takiego życia rodzinnego, które chcieliśmy prowadzić. Mieliśmy wiele wątpliwości, które miejsce wybrać z uwagi na wychowanie dzieci. Podążając za nową propozycją pracy zamieszkaliśmy więc w małym mieście blisko rodziny Giuseppe, ale w przyszłości planujemy także przeprowadzkę do Polski!

fot. archiwum bohaterki

Wszechobecne Ciao Bella!

Oczywiście nie wszystkie stereotypy dotyczące Włochów okazały się nieprawdziwe. Marta jako wysoka, szczególnie jak na włoskie standardy, dziewczyna zwraca na siebie ich uwagę, co często niesie za sobą kierowanie w jej stronę specyficznych zaczepek.

– Ciao Bella słyszę bardzo często, ale jest to bardzo przyjacielskie, używane by okazać sympatię a nie – tak jak wiele osób myśli – romantyczne zamiary. – mówi Marta. – Ciekawą rzeczą jest fakt, że we włoskich sklepach dość często bywam proszona o podanie jakiegoś artykułu z górnej półki, jako ta, która jest go w stanie dosięgnąć. Zdarza się, że osoby postronne, słuchające moich rozmów z dziećmi biorą mnie za Niemkę, gdyż niewiele osób potrafi rozpoznać język Polski.Państwo Castelluzzo zamieniając wielki Mediolan na małą miejscowość zdawali sobie sprawę ze specyfiki małych miasteczek. Tutaj życie toczy się wolniej, a pejzaże przypominają te pokazujące włoską prowincję widoki rodem z filmów. To właśnie na południu kraju Marta dowiedziała się, jakie z kolei stereotypy krążą jeszcze czasem o Polakach.

– Genezę mają w latach 80’ i 90’, kiedy nasi rodacy pojawili się w kontekście „badante” czyli opiekuna starszej osoby. Nie zawsze wywiązywali się dobrze ze swoich obowiązków, a relacje czasem kończyły się kłótniami czy kradzieżami. – mówi Marta. – Dziś, taki obraz Polaka prawie zupełnie przeszedł do historii. Niektóre osoby pamiętają jeszcze, że nasi rodacy handlowali tutaj kiedyś odzieżą z drugiej ręki i z tego byliśmy znani jako nacja. Chodziło się na zakupy „do Polaka” i to było dla mnie dość zaskakujące, kiedy się o tym dowiedziałam. Ale uspokajam – dziś mamy we Włoszech bardzo dobrą opinię, mówi się o nas jako o Europejczykach przez duże E. Włosi zaczęli również dostrzegać, że Polska jest dobrym miejscem do życia, coraz rzadziej słychać o naszym kraju jako o tym zacofanym, a częściej dokładnie odwrotnie – że rozwijamy się szybko, a w Polsce można czuć się bezpiecznie.

Misz masz na co dzień

Marta z uśmiechem traktuje także niektóre specyficzne cechy Włochów. Spóźnianie się na umówione spotkanie, to dla nich norma. Nikt nie pilnuje zegarka, a wszystko można przecież załatwić „domani”, czyli jutro. Zresztą, ogólnie planowanie czegokolwiek jest tam dość niespotykane. Bywa, że znajomi umawiają się na wieczór w ogóle nie podając konkretnej godziny, rzucając tylko hasło „ci sentiamo dopo” lub „vediamo”, czyli „złapiemy / usłyszymy się później” i „zobaczymy”. Takie luźne podejście do życia widać także na ulicach.

– Ruch uliczny to jest coś, czego nie da się opisać, a trzeba samemu przeżyć. Jednym słowem mogłabym to opisać jako chaos. – mówi Marta. – Dość przewrotnie, nauczyłam się tutaj cierpliwości i spokoju za kółkiem. Trzeba się przyzwyczaić, że na włoskich ulicach trąbi się wręcz dla sportu. Ktoś trąbi, bo tak mu się podoba, bo zobaczy znajomego, fajny samochód albo ładną dziewczynę. Parkuje się także gdziekolwiek – ale – stając trochę w obronie – wynika to także z braku miejsc. Ogólnie, podróżując jako kierowca po Polsce odpoczywam, podążając za znakami i oczekując tego samego od innych uczestników ruchu. We Włoszech, muszę czujność mieć na maksymalnych obrotach. Brać pod uwagę, że kierunkowskazy używane są raczej sporadycznie, a auto jadące przede mną może się nagle zatrzymać, bo ktoś musi wyskoczyć na kawę. Muszę też uważać, czy motocykl nie wyprzedzi mnie z prawej strony, bo tak mu wygodniej.

– Reklama –

spot_img

Rodzina Castelluzzo na co dzień porozumiewa się ze sobą w trzech językach. Sam początek znajomości Marty i Giuseppe stał pod znakiem języka angielskiego, ale wraz z rozwojem relacji, języki zaczęły się przenikać. Ona mieszkając we Włoszech, a on będąc w Polsce, miejscowych dialektów uczyli się bowiem mimochodem. Myśląc o wspólnej przyszłości wiedzieli, że będą chcieli dobrze znać swoje języki by móc dogadać się z rodziną i przyjaciółmi partnera. Dziś Marta rozmawia z rodowitymi Włochami dość swobodnie po włosku, gdyż w małym, turystycznym Santa Cesarea Terme angielski nie jest powszechnie używany. Dodatkowo, ucząc się włoskiego trzeba wziąć pod uwagę fakt, że każdy region szczyci się własnym dialektem, którego najłatwiej nauczyć się od miejscowych mieszkańców

– Nasi synowie posługują się nim znakomicie, jak tubylcy – mówi młoda mama. – W domu porozumiewamy się najczęściej systemem: mama – polski, tata włoski, co najlepiej działa w naszym przypadku, a dzięki temu dzieci w naturalny sposób przyswoiły oba języki. Czasami też słowa zupełnie się mieszają, szczególnie gdy mężowi wyleci z głowy jakieś słowo po polsku albo mi po włosku. Dzieci z kolei potrafią pół zdania powiedzieć w jednym języku, aby po przecinku dokończyć już w tym drugim. Wygląda to często zabawnie i trzeba przyznać, że dość często osoby postronne kompletnie nie rozumieją naszych „domowych” dyskusji.

Kawa i aperitivo

Niezależnie od regionu czy wielkości miasta, włoska kultura to przede wszystkim celebracja takich przyjemności jak jedzenie i picie. Kawa ma w tym wszystkim swoją bardzo mocną pozycję, choć także dość dla nas egzotyczną. Mleczne kawy, jak np. cappuccino, pija się w domu, pracy czy barze tylko do godziny jedenastej. Poza tą granicą króluje już tylko czarna, mocna kawa, przede wszystkim espresso. Trzeba jednak przyznać, że na zamówienia turystów przymyka się trochę oko, więc jeśli przybysz ma ochotę na cappuccino po południu, zapewne dostanie je bez problemu.

– Włosi potrafią umówić się na kawę również w trakcie pracy – mówi Marta. – Szybki, dosłownie piętnastominutowy skok do baru z kolegą, kilka razy w ciągu dnia i już dzień staje się lepszy! Un caffè w Italii oznacza nic innego jak mocne espresso – nie spodziewajmy się zatem niczego innego, zamawiając tak kawę we Włoszech. Zupełnie normalne jest również picie kawy po kolacji, a trzeba wiedzieć, że latem włoska „cena”, czyli kolacja, kończy się około godziny dwudziestej trzeciej. Nikogo to nie dziwi, że po obfitym, wieczornym posiłku pijemy kawę i zajadamy się lodami.

Po szkole, pracy czy też zwyczajnie na koniec dnia, Włosi zwykle umawiają się natomiast na aperitivo. To wręcz rytuał spotkań towarzyskich odbywających się późnym popołudniem, a towarzyszy im zwykle lekki drink, wino i przekąski. Całość ma pobudzić apetyt przed kolacją. Celebracja dolce vita w ten sposób, to ważny element dnia. To stąd wzięła się właśnie popularna bruschetta, focaccia i inne charakterystyczne przekąski. Kiedy pod wieczór w barze zamówimy drinka, barman niepytany dołoży od siebie jedną z nich lub zwykłą deskę serów i wędlin. Aperitivo w formie bufetu, z którego korzystać można do woli, to z kolei tzw. apericena. Płaci się za wstęp i dostęp właśnie do szwedzkiego stołu.

– Największa intensywność takich przyjemności przypada na sierpień, gdy w jednym czasie zamykają się zakłady pracy na dwa tygodnie i wszyscy mają wakacje – mówi Marta.

– Wtedy wszystkie miasta południowych Włoch żyją całą dobę, a spotkania rodzinne mają charakter wielopokoleniowy. Do późnych godzin wieczornych można spotkać też dzieci wychodzące na miasto z rodzicami, są też dziadkowie i babcie. Organizowane są festiwale z regionalnymi przysmakami i muzyką, czy rozsławione na całym świecie Luminarie (festiwal świateł) łączące nowoczesne technologie z tradycją.

 

Przyjdź jutro

Luz, brak presji i nie kierowanie się zegarkiem, to charakterystyczne cechy Włochów nie tylko w czasie wolnym. Jakże często przychodząc gdzieś z jakąś sprawą można usłyszeć, żeby przyjść jutro.

– Różne stereotypy krążą odnośnie włoskiej biurokracji i… muszę je potwierdzić. – śmieje się Marta. – Nawet załatwienie najprostszej sprawy wiąże się często z nieoczekiwanymi wymaganiami, czy znacznym wydłużeniem w czasie. Przed naszym ślubem, podczas rejestracji dzieci czy wyrabianiu dokumentów, spotkałam się z komplikacjami, co doprowadzało do komicznych sytuacji. Zdarzyło się, że urzędnik podważył moje nazwisko po mężu twierdząc, że nie mogę takiego mieć. Dopiero później wytłumaczono mi, że we Włoszech nie praktykuje się zmiany nazwiska po ślubie i urzędnik myślał, że jestem siostrą Giuseppe. Mieszkając w trzech różnych włoskich lokalizacjach przekonałam się również, że każdy region działa na własną rękę w każdej dziedzinie urzędniczego życia i ciężko o przepływ informacji i dokumentów między nimi. W Polsce pod tym względem naprawdę mamy dobrze – to, co w kraju załatwiłam w jeden dzień, to we Włoszech trwa miesiąc. Giuseppe był pozytywnie zaskoczony, że tak w ogóle można!

– Reklama –

spot_img

Marta i Giuseppe znają specyfikę życia codziennego w dwóch skrajnych regionach Włoch. Mediolan na północy i południowe Salento dzielą nie tylko kilometry, ale także standardy życia.

– Mediolan jest bardzo drogi pod każdym względem – mówi Marta. – Pamiętam, że moje zarobki jako młodej dziewczyny, ale w niezłej firmie były rzędu 1800 euro, a cena wynajęcia małego pokoju w mieście to był koszt 400 euro. Mieszkanie to już około 1000 euro za wynajem na miesiąc. Jedzenie, komunikacja i wszelkie inne koszty także są duże. Na południu natomiast – za 400 euro można wynająć domek z ogrodem, ale za to zarobki są relatywnie mniejsze.

Ciepło i wilgotno

– Włochy kojarzą się Polakom ze słońcem i ciepłem, co jest oczywiście prawdą – mówi Marta. Trzeba jednak pamiętać, że w wielu regionach jest spora wilgotność, co oznacza, że odczucie chłodu zimą jest dużo bardziej doskwierające, nawet jeśli zima wcale nie jest sroga. Odczucie temperatury potęguje również słabo zaizolowane, stare, historyczne budownictwo. Bywa, że zimą w pokoju jest osiemnaście stopni, za to latem ponad trzydzieści! No, ale Włosi rzadko siedzą w domu, może także z tego powodu? Myślę jednak, że nie doceniamy naszych polskich pór roku i ich piękna. Najbardziej spektakularna jest nasza zima. Włosi nie dowierzają, gdy opowiadam, że chodzimy na spacery w temperaturze minus dziesięć. Nasze dzieci uwielbiają biały puch i myślę, że mamy wielkie szczęście, że mogę go im pokazać. Duża wilgotność powietrza sprawia, że często nie jest łatwo zwyczajnie wysuszyć prania. Ułożenie włosów dla kobiet to także w takich warunkach trudne zadanie, a uprawianie sportu wydaje się Marcie wręcz niemożliwe – jej organizm zupełnie nie jest przyzwyczajony do wysiłku w takich okolicznościach.

– Mimo kilku lat spędzonych we Włoszech nigdy do końca nie dostosowałam się do warunków atmosferycznych. – mówi Polka. – Mimo, że w Polsce biegałam w różnych temperaturach, to we Włoszech odpuszczam treningi na zewnątrz już przy około dwudziestu stopniach i sporej wilgotności.

Włosi jednak na co dzień są mocno aktywni, nawet w gorące dni. W okolicach Salento bardzo popularne jest kolarstwo szosowe. Zakręty, podjazdy i piękne widoki przyciągają kolarzy z całego kraju. Popularność zdobywa w szybkim tempie Padel. Piłka nożna to oczywistość – dzie ci grają nawet na miejskich placach, dorośli omawiają wyniki meczów na co dzień i spotykają się na ich oglądanie. Codziennością są hiking i sporty wodne – te dyscypliny są najchętniej uprawiane przez turystów, którzy podążają za specjalnie wyznaczanymi w tym celu trasami.

– Nie mamy w mieście plaży takiej, jaką znamy choćby z Polski – mówi Marta. – Tutaj wykupuje się tzw. stabilimento – to struktura umożliwiająca wynajem miejsca z parasolem i leżakami, ale wykuta w skałach. Oznacza to, że wskakując do wody trzeba pamiętać, że dno może być w jednym miejscu na jednym metrze, aby krok dalej były to już trzy metry. Dlatego miejscowa ludność pływanie ma opanowane znakomicie od najmłodszych lat, a skoki do wody w pewnym, bezpiecznym i wyznaczonym do tego miejscu to popisy ekwilibrystyki i sprytu lokalnych mieszkańców.

fot. archiwum bohaterki

Świętowanie życia

Podobnie jak wszelkie rodzinne spotkania we Włoszech, tak i święta są celebrowane przez kilka pokoleń razem. Południowcy uwielbiają imprezy w bardzo dużych, często kilkudziesięcioosobowych grupach, mocno zróżnicowanych wiekowo.

– Wigilia Bożego Narodzenia przypomina mi tutaj polskie wesela – śmieje się Marta. – Jest to jedna wielka impreza. Każdy przychodzi z czymś do jedzenia, zresztą który gospodarz dałby radę przygotować coś samemu w domu dla pięćdziesięciu osób? Sama wigilia rozpoczyna się dość późno, około dwudziestej, a prezenty pojawiają się dopiero po północy. Chyba, że dzieci są zbyt małe, aby doczekać tej pory, to zdarzają się wyjątki. Potrawy na stole są mocno zróżnicowane – są makarony, strączki, owoce morza i ryby. Nie ma natomiast tradycji śpiewania kolęd czy dzielenia się opłatkiem. Całość ma charakter bardzo luźny – nikt nie stresuje się, że nie zdąży na czas czy potrawa się nie uda. Chodzi o wspólne chwile z rodziną, a nie całą otoczkę dotyczącą wymagań i oceniania.

Nieco inaczej wyglądają też święta wielkanocne.

– Nie ma uroczystego śniadania, ale jest świąteczny obiad – mówi Marta. – Poniedziałek wielkanocny stoi za to pod znakiem spotkań z przyjaciółmi, bardzo często na świeżym powietrzu. Nie siedzimy razem z rodziną przy stole, a raczej spędzamy ten dzień po swojemu – z przyjaciółmi i ich dziećmi.Codzienne jedzenie jest mocno zróżnicowane, ale zawsze dobrze doprawione. Same potrawy to jedno, ale małe dodatki takie jak mięta, rozmaryn, cytryna dodają charakteru każdej z nich. Dużo je się tzw. verdura, czyli warzyw jak rzepa, sałata, cykoria, a także owoców morza i strączków (fasoli, ciecierzycy, soczewicy). Gdy przychodzą ciepłe dni potrawy stają się coraz prostsze – często podaje się sałatki z ryżem na zimno czy pastę na zimno ze świeżą mozzarellą i rukolą.

– Ciekawostką jest to, że będąc całą rodziną w Polsce jemy polskie dania, a we Włoszech – włoskie – mówi Marta. – Nasze dzieci codziennie na południu Europy jedzą na przykład chlebki z oliwą i pomidorami, a będąc w Polsce nawet o to nie pytają. Preferują bułeczkę z masełkiem, czego mój mąż nawet po tylu latach nie jest w stanie zrozumieć. Jego niechęć do masła wiąże się z zabawną historią, kiedy to będąc na wakacjach spotkaliśmy bardzo znanego we Włoszech restauratora, jurora włoskiego Masterchef – Giorgio Locatellego. Spotkanie miało miejsce na wodzie, pływaliśmy rowerkami wodnymi wraz z dziećmi, a Giuseppe postanowił wykorzystać okazję i zapytać zupełnie poważnie szefa kuchni, czy chleb z masłem to nie profanacja – jak sam uważał. Poskarżył się też, że polska żona mu taki przygotowuje. Ku jego zdziwieniu, a mojemu rozbawieniu, znawca kuchni odpowiedział, że jak najbardziej, można tak podawać kanapki!

– Reklama –

clochee1000x100

Podobne artykuły

Aktualny numer

- Reklama-
baner_prestiz_400x400px

Musisz przeczytać