Niewiele chyba osób wie, że znany szczeciński adwokat – Andrzej Zajda jest posiadaczem jednego z największych zbiorów wydawnictw prawniczych. Znajdują się w nim prawdziwe „białe kruki”. Wśród nich np. książka, której mecenas Zajda jest jedynym prywatnym posiadaczem w kraju! Jego drugą wielka pasją jest pewna sztuka odchodząca dziś już w zapomnienie. W jego kolekcji znajduje się prawie 60 unikatowych ex librysów szczecińskich adwokatów, sędziów i prokuratorów.
Jedna z Pana pasji wiąże się szczególnie z zawodem adwokata. Jest Pan podobno posiadaczem jednego z największych zbiorów książek prawniczych w środowisku szczecińskim?
Trudno mi powiedzieć czy największego, ale jest to na pewno zbiór wyjątkowy. Jestem posiadaczem pitavali (publicystycznych zbiorów relacji z głośnych procesów sądowych, zazwyczaj o charakterze kryminalnym), które ukazywały się już w okresie międzywojennym. Natomiast wszystkie inne książki, również te zbliżone do pitavali, to opracowania mówiące o pewnych prawniczych historiach i wydarzeniach. Ten księgozbiór jest naprawdę duży i urozmaicony. Niektóre egzemplarze opisywałem w latach ubiegłych w piśmie szczecińskich środowisk prawniczych „In Gremio”. Spotkało się to z dużym zainteresowaniem czytelników.
Czy choć w przybliżeniu możemy podać liczbę zgromadzonych książek?
Myślę, że to przeszło dwa i pół tysiąca książek, a może nawet przekracza tę liczbę. Nigdy nie podjąłem trudu policzenia wszystkich moich pozycji. Ostatnio zacząłem się pozbywać pewnych egzemplarzy, w tym również bardzo wartościowych. W trakcie mojego ubiegłorocznego benefisu podarowałem Książnicy Pomorskiej orzecznictwo sądowe w sprawach cywilnych sprzed stu lat. Książkami obdarowuję także niektórych z moich przyjaciół. Miło, kiedy książka trafia do rąk osoby, która lubi czytać, czuje taką potrzebę i potrafi ją uszanować. Mam również pewnego rodzaju unikatowy zbiór wydań jubileuszowych z wszystkich Izb Adwokackich. Takie pozycje w Szczecinie ukazywały się z okazji 50 i 60-lecia naszej Izby. Jestem również posiadaczem wielu archiwalnych materiałów dotyczących szczecińskiej adwokatury. To mnie interesuje. Myślę więc, że tych pozycji ściśle prawniczych znajduje się w moich zbiorach około połowy całości księgozbioru, a może nawet i więcej.
Jaki jest najcenniejszy egzemplarz w Pana kolekcji?
Dla mnie osobiście, to książka mojego autorstwa o mecenasie Romanie Łyczywku. Napisałem ją na prośbę Ośrodka Badawczego Adwokatury. Dzięki niej wszedłem do pewnego kręgu piszących książki w mojej rodzinie (śmiech). Mój ojciec napisał ich kilka a dotyczyły one oświaty, stryj, który był Ministrem Skarbu w Delegaturze Rządu na Kraj – podziemnym polskim rządzie w czasie II wojny światowej, wydał kilka książek poświęconych bankowości i finansom, podobnie zresztą jak mój brat stryjeczny. Obaj byli profesorami wyższych uczelni ekonomicznych. Czyli jestem dziedzicznie obciążony (śmiech) Rekompensuję to sobie pisząc od 18 lat do „In Gremio”.
Jaka jest najstarsza książka w Pana zbiorach?
To były „Uwagi nad życiem Jana Zamojskiego”, dwa oryginały, wydane około 1600 roku. Ale te dwie książki już sprzedałem na aukcji. Bo szczerze mówiąc trochę się obawiałem co się może z nimi stać, kiedy odejdę już z tego padołu (śmiech), bo nikt nie zorientuje się o ich wartościach intelektualnych. W tej chwili najstarsza książka jaką mam w zbiorach to „Mowa o naczelnym dowództwie Gnejusza Pompejusza” z 1896 roku. Doskonała pozycja dla tych, którzy chcą się nauczyć przemawiać. Mam również pozycję, która powinna się pojawić na biurku każdego prawnika – wydawnictwo z 1935 roku, Fernanda Payena „O powołaniu adwokatury i sztuce obrończej”. To prawniczy „biały kruk” podobnie jak koleje wydawnictwo – „Prawo Generalnego Gubernatorstwa” z 1940 roku. To przepisy prawne, wykonawcze, obowiązujące na okupowanych przez Niemców terytoriach polskich podczas II wojny światowej, wydane przez okupanta. Kilka bibliotek sygnalizowało, że bardzo chętnie przejęłyby ją do swoich zbiorów. Z tego co wiem jestem jedynym prywatnym posiadaczem tej pozycji w Polsce. Mam również pewną perełkę komunistyczno-stalinowskiego prawodawstwa, czyli polskie wydanie „Przemówień Andrieja Wyszyńskiego” – okrytego ponura sławą Naczelnego Prokuratora ZSRR. Wydane zostały w 1953 roku.
Która książka była najtrudniejsza do zdobycia?
Chciałem bardzo, ale były olbrzymie trudności, żeby kupić książkę Olgierda Misuny – jego wspomnienia z lat międzywojennych dotyczące wystąpień jako prokuratora na salach sądowych. To praktycznie nieosiągalna pozycja, bo tej książki nie ma i nie było w antykwariatach ani na aukcjach. Znalazłem ją w bibliotece Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Warszawskiej. Stamtąd trafiła w moje ręce. Przekazano mi ją nieodpłatnie, bo likwidowano bibliotekę.
Drugą Pańską znacząca pasją są ex librysy. Sztuka już dziś chyba praktycznie zapomniana. Przypomnijmy więc może definicję. To ozdobny, szczególny znak własności, posiadacza danego egzemplarza książki, wyposażony w jego imię i nazwisko, a czasami symbol graficzny lub nazwę instytucji, do której egzemplarz należy. Może to być w formie karteczki przyklejanej wewnątrz książki lub pieczęci, którą dany egzemplarz jest sygnowany. Jest Pan ogromnym popularyzatorem ex librysów wykonanych przez nieżyjącego już, znanego szczecińskiego adwokata Jerzego Piosickiego.
To był mój przyjaciel. Niesamowita postać w sensie umiejętności i twórczości, artysta, a również malarz. Słynął z wyjątkowych ex librysów swojego autorstwa. Mój był ostatnim jaki przygotował. Skąd wzięło się u niego to zainteresowanie? Jego ojciec był podobnie jak Jerzy „Człowiekiem Renesansu”. Obaj wydali książkę dotyczącą ex libry sów, doskonale ilustrowaną dostępnymi dla nich zbiorami. W kilku numerach „In Gremio” zaprezentowałem swój cykl zatytułowany „Adwokaci Szczecina”. W późniejszych publikacjach przy sylwetkach niektórych członków szczecińskiej palestry pojawiły się także ich ex librysy wykonane w większości przez mecenasa Piosickiego. Stałem się, w pewnym momencie, kustoszem pamięci Jerzego. Dotyczy to nie tylko jego dorobku adwokackiego, ale również realizacji wszystkich pasji związanych z szeroko pojętą sztuką artystyczną. Mam w swoich zbiorach bardzo dużo adwokackich ex librysów. Nie wiem czy w Polsce ktoś ma podobną kolekcję. Prezentowałem je w ostatnich miesiącach w „In Gremio”, a w styczniowym numerze ukazały się należące do osób, które piastowały funkcje dziekańskie w naszej Izbie. Kończąc cykl będę chciał zaprezentować nieznane lub zapomniane znaki własności należące do znanych sędziów czy prokuratorów, którymi oznaczali swoje pozycje książkowe.
Ile takich szczególnych znaków znajduje się w Pańskiej kolekcji?
Myślę, że prawniczych będzie ponad 60 sztuk, zrobionych w znakomitej większości przez Jerzego Piosickiego. Mam także wiele innych opublikowanych w wydawnictwach poświęconych tej właśnie problematyce. Ale ta sztuka, jak i chęć posiadania własnego znaku własności przez posiadaczy księgozbiorów jest już coraz rzadsza, bowiem bibliofile odchodzą do przeszłości. A przecież z ex librysu można wyczytać historię jego właściciela. Niektóre zawierają wiele cech opisujących posiadacza, jego charakter, naturę, zainteresowania, barwę życiorysu, czy pasje. Szkoda, że są one dzisiaj coraz bardziej niedoceniane, tak jak zanikać zaczyna czytelnictwo wśród młodych ludzi.











