„Mozaika” to nie wyliczanka szczecińskich mitów, lecz próba określenia charakteru i temperamentu współczesnych (nowych) autochtonów. „To historia o ludziach, którzy szukają siebie w mieście, które musiało zbudować siebie na nowo”. Dziś już kilka pokoleń może powiedzieć, że jest stąd. Tylko pytanie, czy wiedzą, co oznacza bycie szczecinianką czy szczecinianinem?
Twórczynie spektaklu postawiły na dystans i humor, a nie martyrologię i historyczną histerię. Ich przedstawienie, choć proste w formie i strukturze, ogląda się z dużą przyjemnością. Okazuje się, że „przybysze” z zewnątrz (także z kosmosu i „Kosmosu”) mogą coś wnieść w niekończący się proces budowy regionalnej tożsamości i zrozumienia genius loci Szczecina. Spektakl wyreżyserowała pochodząca z Białorusi Eugenia Balakireva, a więc nie szczecinianka. Ten fakt gwarantuje dystans i świeże spojrzenie na lokalne niuanse, stereotypy i miejskie legendy. Balakireva sportretowała miasto, które – jak sama określiła – „jest bardzo plastyczne w swojej kulturowej tożsamości”.
Do współpracy zaprosiła dramaturżkę Darię Sobik (Ślązaczkę). Jej tekst jest wypadkową reportażu o pamięci miejsca i teatru absurdu, przy czym proporcje między rzetelnością osobliwej miejskiej kroniki a nieco szaloną teatralną fikcją są dobrze wyważone. Nawet najbardziej niewiarygodny wątek z kosmitami okazuje się… „prawdziwy”. To jedna z miejskich legend, według której w 1986 roku kosmici odwiedzili mieszkanie przy ulicy Gdyńskiej. Twórczynie czynią z niej jeden z wiodących motywów przedstawienia. Kolejnym lejtmotywem są szczecińskie mozaiki, które zauroczyły reżyserkę. Niestety ceramiczne obrazy giną w gąszczu kolejnych symboli i „gadżetów” lokalnej tożsamości, choć ta znad wejścia do kina „Kosmos” okaże się kluczowa w finale.
Władysław Szaban, autor muzyki, skomponował nie tylko fragmenty ilustracyjne, ale przede wszystkim piosenki. Wykreował zespół muzyczny „Mozaika” i powierzył jego członkom melodie wyraźnie inspirowane uroczo tandetnymi latami 80. i 90. XX wieku. Znakomita praca! Ciekawie zaaranżowała przestrzeń Kornelia Dzikowska-Demirska. Horyzont nawiązuje do ceramicznych komponentów tytułowych mozaik, a centralnym elementem scenografii jest wyniesiona na praktykablach kamienna scena, przywołująca skojarzenia zarówno z gruzami starego Stettina, jak i bolesną historią miasta.
O pozytywny odbiór zadbali także aktorzy. Praca nad spektaklem ewidentnie sprawia im przyjemność, co widać w każdej scenie i szczerym błysku w oczach (sic!). Jacek Piątkowski tworzy przekonującą postać żebraka-inteligenta i choć trudno zazdrościć jego bohaterowi położenia, to odnajduje w jego wolności i dystansie osobliwą… błogość. Magdalena Myszkiewicz błyszczy ironicznym temperamentem, a nawet śpiewa! Barbara Biel wokalnie i instrumentalnie prowadzi muzyczną linię przedstawienia, wspierana przez cały zespół. Wojciech Sandach opowieścią o podróży z Grenlandii bawi do łez, Michał Lewandowski kreuje figurę szczecińskiego dandysa, a Julia Gadzina wyróżnia się wyrazistością i energią.
Przedstawianie Balakirevej i Sobik nie rości sobie w żaden sposób akademickiej uwagi. Twórczynie stro-nią od sentymentów, martyrologii i wszelkich smutków. To w jaki sposób prowadzą te narracje, jest za to gwarancją refleksji i rozmowy na temat tożsamości. To zachęta do spojrzenia na własne genealogiczne (sic!) mozaiki i próby samookreślenia. Ułatwia to lekka struktura spektaklu, bliska zbiorowi niezobowiązujących, lecz mądrych etiud.






