Co łączy Igora Górewicza – znanego szczecińskiego znawcę Słowian i Wikingów, rekonstruktora, wojewodę sławnej Drużyny Grodu Trzygłowa, aktora, muzyka i pisarza ze znakomitym polskim reżyserem Wojciechem Smarzowskim, który nakręcił m.in. „Różę”, „Wesele”, „Dom zły”, „Wołyń”, „Kler”, czy „Dom dobry”? Odpowiedź jest prosta – kino. A ściślej mówiąc dwa nowe filmy Wojciecha Smarzowskiego – „Swadźba” i „Chrzest” w których Igor Górewicz pełni rolę głównego konsultanta.
Pana przygoda z tymi filmami trwa już od 10 lat. Bo ot tak dawna trwają przygotowania do ich realizacji. Dlaczego tak długo?
Jeszcze do niedawna byłem zobowiązany do zachowania dyskrecji i nie podawania informacji na temat tych produkcji. Teraz, po oficjalnym ogłoszeniu rozpoczęciu prac, mogę powiedzieć trochę więcej. Choć nadal muszę się gryźć w język co pół zdania (śmiech).
Jak doszło do nawiązania Pańskiej współpracy z Wojciechem Smarzowskim?
Powiązali nas współpracownicy. Najpierw przez niemal cały 2016 rok korespondowaliśmy, by pod jego koniec po-znać się osobiście. Kiedy zaczynaliśmy współpracę dopiero powstawały pierwsze pomysły, koncepcje dotyczące tych filmów. A w międzyczasie, po drodze, pojawiały się różne perypetie, nazwijmy je producenckimi. Do tego Wojtek realizował inne swoje projekty filmowe. Jak się poznaliśmy, to promował swój głośny obraz „Wołyń”. W chwilę potem powstał nie mniej głośny i kontrowersyjny „Kler”, potem kolejny film. No i tak minęły te wszystkie lata. Koncepcje obrazu o Słowianach ciągle się zmieniały. Początkowo miał to być serial, potem trylogia. Ostatecznie zdecydowano się na dwa duże filmy, które wejdą do kin w pewnym odstępie czasowym.
Prace przy tych filmach tak naprawdę mają ruszyć dopiero za kilka miesięcy. Dlaczego tak długo trwają przygotowania do ich realizacji?
Do pierwszego klapsa jeszcze na pewno ponad rok. Już w pierwszych naszych rozmowach opisywałem Wojtkowi jak wyglądał świat Słowian. Wspominał wtedy jak wiele trudności, przy realizacji „Wołynia”, sprawiało odtworzenie klimatu tamtych czasów, ubiorów, budynków, urządzeń itd. Czyli tego wszystkiego co mieści się w określeniu kultura materialna. Do tego dochodzą elementy kultury niematerialnej np. słownictwo, obyczaje, ceremonie itp. Oczywiście istnieją skanseny do których przeniesiono np. obiekty i urządzenia, narzędzia używane jeszcze niemal „wczoraj” w różnych regionach kraju. Część z nich jest nadal sprawna i używana. Ale w tym przypadku mamy do czynienia z zupełnie innym poziomem trudności. Musimy wykreować od początku cały świat Słowian, czyli otoczenie, lokalizacje, stroje, uzbrojenie przedmioty codziennego użytku, włącznie np. z odnalezieniem odpowiednich fragmentów natury. No bo prawdziwa puszcza to puszcza, a nie jakiś tam rachityczny parczek za miastem. Do tego dochodzi odpowiednia ilość przeróżnych obiektów, które w niektórych przypadkach są naprawdę potężnymi konstrukcjami. A Wojtek jest perfekcjonistą, bardzo dba o wszystkie szczegóły w swoich filmach. I taka jest też moja rola – dbać o prawidłowość historyczną w przygotowywanych obrazach.
Smarzowski zgłosił się do Pana dziesięć lat temu, mając tylko pomysł, czy też pewien konkretny zarys tego filmu?
Wojtek opowiadał mi jak wygląda jego koncepcja, co chciałby zrobić, co przedstawić w tych filmach. Po dziesięciu latach aktywnej współpracy scenariuszowo wiadomo już co i jak. Choć pewnie jakieś drobne rzeczy, elementy będą przesuwane w różne strony. Ale można powiedzieć, że wiemy, jak te filmy będą wyglądać. Od strony technicznej ja i moja drużyna mamy spore doświadczenie przy realizacji różnego rodzaju produkcji filmowych – zarówno fabularnych, jak i dokumentalnych, występowaliśmy również w teledyskach różnych zespołów. Były one realizowane w wielu różnych historycznych obiektach, miejscach, otoczeniu. Mamy więc za sobą bagaż niesamowitych doświadczeń. Już w 2002 roku braliśmy udział w pierwszych realizacjach w których dużą role odgrywało odtwarzanie realiów historycznych wczesnego średniowiecza. Namiastkę tego będzie można obejrzeć np. tegorocznej Nocy Kupały 20 czerwca w Parku Kasprowicza.

Pan jest konsultantem biernym czy czynnym? Służy Pan tylko swoją wiedzą, czy będzie Pan również w tych filmach występował?
Jestem czynnym konsultantem i pewnie w jakimś zakresie wystąpię w tych obrazach. Razem z moją załogą. Pomagam jednak scenarzystom tworzyć ten świat wczesnego średniowiecza, aby później go urealnić. Bardzo ważnym będzie wydzielenie pewnych pionów realizacyjnych np. uzbrojenia. Bo to będą filmy przedstawiające środowisko dość zmilitaryzowane. Ale nie tylko. Trzeba będzie dbać o każdy szczegół na planie. Bo to co ujmie kamera, będą widzieli widzowie. A twórcom bardzo zależy na tym, żeby wszystko było prawidłowe.
Żeby potem nie doszukiwano się jakichś przekłamań albo wpadek jak np. w “Krzyżakach” Aleksandra Forda?
Oczywiście, żeby np. nie pojawiały się elementy uzbrojenia nie pasującego do epoki czy sytuacji. I to już jest moja rola, czyli dbanie o zachowanie zgodności z prawdą historyczną. W obu filmach będą przedstawione np. różne grupy etniczne – plemiona, rody, ugrupowania, również zróżnicowanie wśród ludności, mieszkańców grodów, osad otwartych, itp. Trzeba będzie tak pracować z kamerą, żeby widz się nie pogubił kto jest kim, musi wiedzieć, z kim ma do czynienia, musi rozróżniać strony konfliktu. A to nie było takie łatwe nawet w tamtych czasach. Musimy więc to zrobić pozostając w prawdzie historycznej i zgodnie z dzisiejszym stanem wiedzy.
Niektóre ustalenia mogły się zmienić, zdezaktualizować w ciągu tych ostatnich dziesięciu lat.
Oczywiście. Nasza wiedza od czasu, kiedy zaczęliśmy pierwsze przygotowania do tych filmów jest ciągle aktualizowana. Uczestniczę w działaniach i projektach różnych środowisk naukowych, biorę udział w konferencjach, przysłuchuję się i przypatruję najnowszym ustaleniom badaczy. Konsultujemy oczywiście scenariusze z ekspertami, którzy już wypowiadali się na ich temat. Ale oczywiście, pewne rzeczy już się zmieniły. To jest też plus tak długich przygotowań, bo część materiału mogliśmy zmodyfikować, dostosować do najnowszego stanu wiedzy. I jest on na tyle aktualnie szczegółowy, że właściwie przedstawiamy pewne rzeczy, fakty, zdarzenia, które nawet jeszcze nie zostały opublikowane. Znane są jeszcze tylko w bardzo wąskim, naukowym gronie. Na bieżąco rozmawiamy ze specjalistami z różnych, bardzo konkretnych, czasami wąskich, dziedzin np. numizmatyki, którzy opiniują np. jakie pieniądze były wtedy używane.
A jakiego języka będą używali bohaterowie Smarzowskiego ? Czy będą się posługiwali np. starocerkiewnosłowiańskim? To może być spory kłopot dla większości widzów. Lata temu nakręcono serial „Ród Gąsieniców” w którym bohaterowie posługiwali się głównie gwarą góralską. Widzowie mocno protestowali, bo niewielu rozumiało o czym oni mówią.
W tym przypadku, zgodnie z deklaracjami scenarzystów, w użyciu będzie po części rekonstruowany język słowiańsk i. Trzeba pamiętać, że do dwunastego wieku wszystkie ugrupowania słowiańskie mówiły właściwie jednym językiem. Nie polskim, nie czeskim czy rosyjskim, tylko słowiańskim. Oczywiście były pewnego rodzaju lokalne zmiany dialektyczne. Mamy tego świadomość. Tekst powinien zostać przetłumaczony przez językoznawców slawistów na możliwą rekonstruowaną wersję. Czy będzie ona stuprocentowa realna? Oczywiście nie, bo nikt takiej wiedzy na świecie nie posiada. Natomiast językoznawstwo zajmuje się rekonstrukcją brzmienia słów. Bada jak one brzmią w różnych językach słowiańskich i co jest w nich wspólnego. Sławny amerykański aktor i reżyser – Mel Gibson w swoich produkcjach udowodnił, że filmy realizowane z użyciem naturalnego języka bohaterów cieszyły się ogromną popularnością. Mowa o „Apocalypto”, czy „Pasji”. Naturalnie nie może się to odbyć bez językowej transkrypcji na ekranie, choć technologia pędzi naprzód.
To ciągle jest epoka wikingów, tak ostatnio popularnych na świecie.
Nie wiem czy dla terenów Polski powinno się używać tego terminu. Ciągle trwa debata naukowa na temat jaki jest udział wikingów w tworzeniu państwa polskiego. Inną sprawą jest to, że jest to okres historyczny, który przyciąga uwagę widzów na całym świecie. Znając filmy Wojtka wiadomo, że są one bardzo polskie, niezwykle poruszające, ważne dla naszej kultury i życia, bo dotykają nas bezpośrednio. Są trudno przetłumaczalne dla odbiorców z innego kręgu kulturowego. Oni nie rozumieją tych naszych spraw wewnętrznych. Moim zdaniem jednak te filmy mogą zawierać dwie warstwy. Jedna będzie przeznaczona dla polskiego widza. I w tym przypadku trochę mitów wyniesionych np. z tego, co uczono dotychczas w szkołach zostanie co najmniej naruszonych. Choć większość z nich już dawno temu zostało zweryfikowane przez rozwój nauki. Ale dzięki tym filmom, będą miały szansę wybrzmieć szerzej. Druga warstwa będzie ogólna, uniwersalna, pokazująca ludzkie sprawy, które są przecież takie same w Polsce, Europie czy na świecie. Nie jest tajemnicą, że w produkcję tych filmów będą zaangażowane różne podmioty, także na poziomie światowym. Dzięki temu będą one miały szansę naprawdę wyjść daleko poza Polskę.
Wojciech Smarzowski lubi wsadzać kij w mrowisko. Czy te dwa obrazy również wzbudzą powszechne kontrowersje, oburzenie, protesty ? Czy znowu usłyszymy, że Smarzowski znowu jest obrazoburczy i antypolski ?
Nie trzeba pracować z Wojtkiem, żeby wiedzieć, że tak na pewno będzie (śmiech). Ale wystarczy też poobserwo-wać coraz głośniejszą dyskusję wokół narodzin państwa polskiego. I to w różnych gremiach, nie tylko naukowych. Chodzi m.in. o pewne różne jego aspekty, wcześniej pomijane jak np. kwestia niewolnictwa, ile właściwie żon miał Mieszko I i gdzie właściwie dokonano jego chrztu. To tematy naukowych debat, dyskusji a czasami bardzo zaciętych sporów. Oczywiście zdecydowany wpływ na to ma pewna skąpość źródeł. Te z epoki Mieszka są bardzo nieliczne, więc wiele odbywa się na zasadzie prób rekonstrukcji, także przy użyciu analogii historycznej. Nie w rozumieniu działań odtwórczych, tylko budowy pewnej wizji, podejmowania prób zrozumienia tych procesów, które się wtedy odbywały. Pewne fragment debat chcemy przenieść do kultury masowej. Na pewno więc pokłócą się specjaliści, nie mówiąc o publiczności, która na co dzień nie ma dostępu do najnowszych ustaleń i nie zajmuje się żywo czasami Mieszka I.
Oba filmy mają się odbywać w trzech płaszczyznach: awanturniczo-przygodowej, historycznej i batalistycznej. Pokazanych ma zostać kilka lat panowania Mieszka I m.in. okres bitew, które stoczył z Wolinianami, Wichmanem i Wieletami.
Czeka więc Pana spory wysiłek przy np. układaniu walk bohaterów, pojedynków wojów, grupowe sceny batalistyczne…Krew będzie płynąć szeroką strugą?
To film historyczny realizowany przez Wojciecha Smarzowskiego. Można się więc spodziewać pewnego stylu znanego już z jego wcześniejszych produkcji. Ale oczywiście, czeka nas ogromny wysiłek, bo tak jak mówiłem, mówimy o odtworzeniu pewnego świata. Mamy przed sobą sporo elementów, które musimy omówić, wprowadzić, poprawić, wymyślać. Do tego dochodzą żywe postaci. Łatwo pisać książki historyczne o tym, że Mieszko I być może zrobił tak, a może zrobił inaczej. U nas będzie on człowiekiem z krwi i kości, będzie miał coś do powiedzenia, będzie podejmował decyzje, mniej lub bardziej ważne dla bohaterów, czy zawrzeć pokój, czy nie, czy rozpocząć wojnę, czy nie. To jest bardzo istotne. Na szczęście Wojtek wszystko chce zrobić dokładnie, wiernie i prawidłowo. Dla niego jest istotny każdy element np. jakich naczyń do picia wtedy używano, z czego były zrobione, jakiej były wielkości, czy były zdobiony, albo czy jest możliwym, żeby ktoś zrobił to, lub tamto, mógł zachować się tak lub inaczej itp. Dzięki temu zobaczymy jak najbardziej zbliżony do prawdy obraz życia ówczesnych ludzi. Padną pytania np. o wielką politykę, religię Słowian czy świat ówczesnych wierzeń. Ale niejednokrotnie będą padały również te o rzeczy zdawałoby się trywialne.
Starsze wyobrażenia na temat Słowian już się nie bronią od strony archeologicznej ?
Jeszcze do niedawna mieliśmy do czynienia z takim postromantycznym obrazem Słowian – w białych szatach, albo z kamiennymi młotami. A oni przecież na co dzień używali żelaza. Często słowiańska kultura materialna odmalowywana jest w buro-szarych odcieniach jako ponura i jednocześnie nijaka. Najważniejsze jest też o którym stuleciu mówimy, bo pojęcie Słowiańszczyzny nie ogranicza się do X wieku. Często jednak wszystko co dotyczy Słowian zamyka się w jednym pudełku, miesza i uważa, że uzyskany obraz był niezmienny przez wieki. Jeśli spojrzymy na najuboższe chaty Słowian, to będzie to zgodne z prawdą. Ale jednocześnie w tym samym świecie odnajdujemy prawdziwe skarby – nieprawdopodobnie piękną biżuterią, niesamowicie wysmakowaną i wymagającą bardzo zaawansowanej techniki złotniczej. Do tego broń – nie tylko importowaną, ale także taką, którą możemy podejrzewać o miejscowe pochodzenie. Stroje, oczywiście różniące się w poszczególnych grupach społecznych. Ale jak zapewne możemy się domyślać, Mieszko I nosił się albo chciał się nosić zgodnie z najnowszymi, ówczesnymi, trendami mody lub symboliką używaną w innych krajach na Zachodzie albo w Bizancjum. Wydaje się więc, że oba filmy Wojtka mogą zweryfikować wizerunek Słowian i epoki chyba na długie lata. A to też wiąże się z tym, że i ja odczuwam ogromną odpowiedzialność, przynajmniej co do swojej roli jaką w nich odgrywam.
Czy oba obrazy, albo chociaż niektóre ich sceny będą realizowane na Pomorzu Zachodnim?
Bardzo bym chciał. Ale jest naprawdę jeszcze za wcześnie, aby o tym przesądzać. Mogę tylko powiedzieć, że Pomorze Zachodnie nie jest nieobecne w scenariuszu, bo nie może go w nim zabraknąć. W latach sześćdziesiątych dziesiątego wieku tereny po tej i po drugiej stronie Odry miały w perspektywie Mieszka I istotne znaczenie w układance politycznej i militarnej.
Ale Wolin ze swoim Centrum Słowian i Wikingów chyba jednak zostanie wykorzystany ?
Nie mogę nic powiedzieć (śmiech). Natomiast świetnie by było, gdyby Wolin mógł zaistnieć na ekranie. Wojtek był u mnie, oglądaliśmy różne obiekty, lokacje. Ale to jest tak potężne przedsięwzięcie, że na końcu dużo ważniejsi ode mnie będą podejmować decyzje. Przede wszystkim logistyczne.
Swadźba – niektórzy tłumaczą to jako wesele a nie zrękowiny. Dlatego, że Smarzowski wcześniej nakręcił dwa „Wesela”, więc to trzecie ładnie się komponuje w pewną całość?
Swadźba w nieco szerszym rozumieniu to zestaw obrzędów dotyczących zrękowin, zawierania umowy i w końcu przejścia do nowego stanu. Należy to rozumieć jako cały zestaw obyczajów, zachowań, rytuałów, przyzwyczajeń. Proszę pamiętać, że dawniej zawiązywanie ślubów to była tak naprawdę umowa społeczna. Ludzie przysięgali sobie pewnie wcześniej w imię bogów, później w imię Boga, ale przede wszystkim przed swoją społecznością. To były śluby niosące skutki cywilnoprawne, bo one miały nie tyle duchowe, co właśnie społeczne konsekwencje. Śluby kościelne nabrały znaczenia, o ile się nie mylę, dopiero w XII wieku.
Filmy Wojciecha Smarzowskiego to nie jest Pana jedyne doświadczenie kinematograficzne. Wcześniej był np. udział w „Starej baśni. Kiedy słońce było bogiem” w reżyserii Jerzego Hoffmana – twórcy ekranizacji „Trylogii”.
Współpracowaliśmy przy realizacji tego obrazu. Ale budżet tego filmu był zbyt mały w stosunku do tego, co chciano pokazać. Poza tym realizowano go według pewnej wizji reżysera i scenarzysty. I to chyba zdominowało ten obraz – pewna wizja, niekoniecznie zgadzająca się z historycznymi faktami oraz naszymi uwagami. Np. na planie panowało przekonanie, że wikingowie muszą mieć koniecznie na swoich hełmach rogi. I uparcie tę wersję forsowano. Wtedy ja i wodzowie pozostałych grup odtwórców, które brały udział w realizacji tego filmu, już musieliśmy zabrać stanowczo głos. Bo uznaliśmy, że to idzie za daleko. „Mistrzu, rozumiemy, licentia poetica (z łac. „wolność poetycka” – świadome i celowe prawo twórcy do odstępowania np. od historycznych faktów w celu uzyskania artystycznego efektu – przyp. aut.), ale to jest niezgodne z faktami, my się tak nie możemy pokazać” – tłumaczyliśmy Jerzemu Hoffmanowi. A wiedzieliśmy, że bez nas nie zrobią tego filmu. Nie mają środków na odpowiednią ilość kostiumów, uzbrojenia, nie mają tylu przeszkolonych ludzi, którzy wiedzą jak walczyć, jak inscenizować fragmenty walk. Bez nas, trzeba byłoby zatrudnić masę kaskaderów, zdobyć odpowiednie uzbrojenie oraz kostiumy. A to wymaga kolejnych kosztów, cena filmu znacząco by wzrosła. W końcu, takim „krakowskim targiem” uzgodniliśmy, że odgrywany przez Dariusza Juzyszyna wódz wikingów będzie miał na głowie hełm z jakąś formą metalowych rogów. Pan Jerzy przekonywał, że publiczność oczekuje tych rogów, bo to taki ukłon w jej stronę, że trzeba takie jakieś sygnały wysyłać. Takie mrugnięcia okiem, żeby widz wiedział, z kim ma do czynienia i że kino pokazuje to dlatego, bo widz tego oczekuje. Takie błędne koło, jakiś taki zaklęty krąg. Ale moją rolą jest dbanie o zachowane jak największych realiów historycznych przy różnych realizacjach. Nie zawsze się to uda w stu procentach, bo budżety niektórych produkcji np. teledysków nie są duże. Trzeba wtedy wybierać tylko pewne elementy kostiumu, czy uzbrojenia, które uczyni się charakterystycznymi dla danego bohatera czy portretowanej grupy. W zależności od obrazu pewne rzeczy można nieco stonować. Ale to wynika już z mojego doświadczenia. W pewnych przypadkach można, a w zasadzie trzeba sobie pozwolić na pewne skróty. Ale starać się, by były jak najdrobniejsze.
Czyli Jerzy Hoffman nie był zbytnio podatny na Pana sugestie?
No właśnie tak średnio.
Trzymał się swojej wizji artystycznej?
Owszem. Ale także swoich sprawdzonych współpracowników np. kostiumologów. Część jego ekipy pracowała z nim jeszcze przy „Potopie”. W pewien sposób więc to rzutowało na osiągnięte efekty. Ale w trakcie realizacji „Starej baśni” miałem przyjemność współpracować z panem Danielem Olbrychskim. I to już od pierwszego dnia. Podszedł wtedy do moich mieczy, obejrzał je z zainteresowaniem, zaczął wspominać swoje historie szermiercze np. z czasów, kiedy trenował z mistrzem Michałem Zabłockim oraz układy walk w poszczególnych częściach „Trylogii”. Jakoś zyskałem zaufanie tego znakomitego aktora. Potem, w jednej ze scen „Starej baśni”, ja i trzech moich ludzi strzelaliśmy do niego… z łuków. Co prawda z bliskiej odległości. Ale strzały były ostre. No i nie każdy może powiedzieć, że strzelał do Olbrychskiego (śmiech)
Życie gwiazdy wisiało na włosku?
Nie wisiało. Wiedzieliśmy co robimy i w jaki sposób. Ta scena – zdobywania grodu była dopracowana w szczegółach i odpowiednio przygotowana. W filmie może to wyglądać niebezpiecznie, ale zapewniam, że tak nie było. My strzelamy, pan Daniel zasłania się tarczą w którą trafiają strzały. Wszystko dynamiczne, w napięciu. Mało tego. W niektórych ujęciach występowaliśmy jako wojowie oblegający gród, strzelając z łuków do obrońców. W kolejnych pojawiamy się wśród… obrońców szyjących z łuków do oblegających.
Magia kina.
Kamera stała na trójnogu. Naszym zadaniem było strzelanie z wałów grodu w oblegających, których oczami była kamera. Zaczęliśmy ostrożnie, ale operator i reżyser chcieli by strzały wyraźniej leciały w stronę obiektywu. No więc dobrze, powiedzieliśmy i naciągnęliśmy cięciwy. Bardzo ładnie to wyglądało, widowiskowo. Ale podczas jednego z ujęć strzała przebiła jedną z nóg owego statywu kamery. Operator trochę zbladł, a do następnych ujęć kamerę zabezpieczono płytą i uruchamiano zdalnie (śmiech). Olbrychskiego, ani żadnego innego aktora, epizodysty, czy statysty nie było już w zasięgu strzał.













